Jacek Lilpop                                                                                                                              copyright© Jacek Lilpop

 

                                                        BOLESNE /fragment/


x x x

Chodnik po deszczu
jego zapach
jego smak
kurzu
kropli
wody

syczącej na języku




x x x

W dymach chmur
w kałużach śniegu
w błękitach roztopów
w wirujących płatkach zimy
przeczucie jabłoni

 



Uczta


Już niosą
na tacach
kruchych i złotych

liście zważone z nićmi pajęczyny
dym – cierpki, szkliste niebo
a tam
w Pisarra błękicie – jarzębiny

Patrzcie
nie urońcie nic
bo uczta to będzie piękna
ale i ostatnia




 x x x


O gałązki siateczki
pajęczynki bieli
pochodnie zapachów
świece maja!

O liście! Liście!
jak chłodne wachlarze
jak dłonie na twarzy

Ogromniejące nocą
jak wulkany zieleni

Kasztany
 




x x x

Po schodach chmur
po śniegach bieli
jak w Tatrach
wstępować
w jasność
 

 



Za szybko

Za krótkie wiosny, za krótkie lata
zbyt szybkie lipce, czerwce, maje
za szybko liście popielate, badyle
zieleń zszarzała już jesienna
w sierpniu
 




Łątki


Na lotnych piaskach
czasu
zapadamy się zapadamy
każdego dnia toniemy

łątki jednodniówki.

 




x x x

Toną w rzece czasu:
twarze, krajobrazy, chwile
zapadają się.
 

 




1986

Pod najczystszym
pod stężałym niebem błękitu
pośród zapachu bzów, konwalii
w nieruchomej ciszy bieli
ogrodów
w najpiękniejszej chwili
stworzenia
otwarte usta śmierci

O Jezu !!

Krzyk cierpienia.

Pod najczystszym
obojętnym
w najpiękniejszej chwili stworzenia
w niepojętej nocy
w niepojętej mocy
zniszczenia
żegna skargą świat
moja Mama.

 



Bolesne

Każdy oddech, każda
chwila – bolesne. Obojętne
głuche niebo, gorzki dym
wiosny, obnażone trawy
maleńkie kiełki, bezbronne
gałęzie

odchodzący
w przeszłość
nagi świat

 



x x x

Przeleciał wicher
huragan cierpienia
czarny wiatr śmierci
i porwał.

Stoją drzewa w ogrodzie
schną kwiaty w doniczkach
wiszą suknie, korale, pierścionki
leżą w szufladach.

Zabrali z mieszkania
porwali z ogrodu
wyrwali z życia.

Wyszła z domu... zaginęła...
czekamy...

Jak żyć bez Ciebie?!
Mamusiu



 

       Moja Mama

       Moja Mama była gorąca
       jak węgielek kiedy umierała
       i niebo bez jednej chmurki
       w maju; biel drzew kwiaty
       w ogrodach
       i smród separatki
       biel ból i niebo
       jak blacha błękitna
       tnąca bez litości.


                                                                                

 

 

                                                                                    TORUŃ


Jesteśmy jak sen „
Borges

Wrócić. Znaleźć się jeszcze raz na stacji, na peronie, gdzie Rodzice z walizkami w rękach, kłęby pary i sapanie lokomotywy, jej wielkie, czerwone koła a wysoko w kabinie światła zegarów, maszynista jak kominiarz i wszędzie zapach oliwy i Julian Tuwim.
Znaleźć się znowu w wagonie, wdrapywać na ławkę, sprawdzać zapach i gorzki smak szyby, wiercić niespokojnie i czekać. Czekać na szarpnięcie - jedno, potem drugie, aż pokłady kolejowe drgnęły i powoli ruszały do tyłu, koła zaczynały wolne tu tu tu tum, coraz szybciej tu tu tu tum, tu tu tu tum, a za oknem szyny już uciekały, uciekały, splatały się i rozplatały jak srebrne nitki, strumyki, wpływały na mosty, znikały w tunelach i pojawiały się, zwrotnice jak werble grały tra ta ta ta ta tam ; i pola, drzewa, zmrożone jeziorka, rowy - płynęły, kałuże falowały, coraz szybciej i szybciej umykały i wtedy skok w radość jak w rzekę :
Jedziemy ! Jedziemy do Torunia !

Gdzie jest tamten Toruń do którego jechało się na Święta z nosem przylepionym do szyby i widać już było pierwszy śnieg, albo pierwszą zieleń, kaczeńce, bociana na łące, słupy telegraficzne : jeden i przeleciał, drugi i przeleciał i następny i znowu. Drzewa przelatywały i droga ze szlabanem, a za nią dróżnik z lizakiem w ręku, albo chłop z koniem, kępy drzew płynęły, a na horyzoncie dalekie lasy stały nieruchome i niebieskie. Potem czarny napis KUTNO i ALEKSANDRÓW KUJAWSKI sunęły za oknem, mijały nas czerwone domki z cegły, firaneczki w oknach, płotki ze sztachetkami, znowu dróżnicy, wreszcie las sosnowy, zawsze ciemny i ponury, jak ten Jasia i Małgosi i smutne uuuuuuuu lokomotywy pod wieczór, zamazane światło w przedziale - żółte, dygotanie wagonu, a w oknie już tylko sadza z pełgającymi świeczkami, aż strach, że tam, w tej ciemności ktoś może mieszkać i Toruń.
A może go nigdy nie było ?
I nigdy nie jechaliśmy Bydgoskim Przedmieściem tramwajem, który dzwonił i za-taczał się jak na wybojach, a sosny w parku były miedziane i takie harcerskie z plamami słońca na pniach ; potem tramwaj skręcał, była zapiaszczona uliczka, przystanek na Mickiewicza i widać już było dom i balkon.
Ale przecież pamiętam chłód i mrok sieni z secesyjnymi damami w owalu, idącymi zawsze w tym samym kierunku, i to jak wchodziliśmy po stromych, skrzypiących schodach, powoli, z walizkami w rękach, przystając na półpiętrach.
Wszystko tu było inne niż w Warszawie : czerwona cegła, drewniane, obłe poręcze, stopnie schodów obramowane mosiężnymi blaszkami, półkoliste sklepienia, okna z łukami, żółte szybki jak witraże. Kasztan za oknem wznosił się razem z nami, przy-stawał, ruszał dalej. Już było mieszkanie Górskiego, pani Wieżelewska, zza schodów wychylała się tablica z napisem ADWOKAT BAJRASZEWSKI, bicie serca, już ostatnie stopnie, radość, że to już. To tu ! Oszklone drzwi, złocona tabliczka B L A N G I E W I C Z, szczelina na listy, biały guzik dzwonka, jego ostry dźwięk, cień za szybą, jeden, drugi, uchylone drzwi :
- Wszelki duch Pana Boga chwali ! Żena ! Wandzia ! Przyjechali ! !

Znaleźć się jeszcze raz - tam, w bursztynowym półmroku korytarza z zapachem wody kolońskiej i kawy.
Z lewej lustro, pod nim stolik, marmurowy blat, popielniczka z liśćmi koniczyny, obok wycieraczki wypastowane buty, na ścianie kropielnica z wodą święconą, bordowe lśnienie podłogi.
Otworzyć drzwi od kuchni. Babunia przy piecu smaży jajecznicę ze szczypiorkiem. Przebiec koło niej, podbiec do okna, wspiąć się ze stołka na taboret, sięgnąć białego parapetu gdzie donica z piaskiem a w niej zielone pędy pietruszki. Wychylić się, zobaczyć w dole gałęzie kasztana, podwórko wybrukowane kocimi łbami, drzwi do pachnącego sianem warsztatu tapicera Zacharka, a ponad dachami domów korony drzew w parku i za nimi, hen, gdzieś za Wisłą ciemną wieżę ciśnień, niebieszczejące lasy na horyzoncie i sunące nad nimi lekkie, białe dymy pociągów, usłyszeć ich odległe nawoływania.
Zeskoczyć na podłogę, sprawdzić szybko czy w szufladzie wszystkie noże i widelce, na stole blaszany pojemnik do pieczywa, pod stołem pudło z pastami. Uchylić drzwi do spiżarni, poczuć piwniczny chłód i ostry zapach korzeni, wina, kiełbasy i pleśni. Dostrzec w cieniu komórki gazę na wąskim oknie, piętrzące się płócienne worki kasz, mąki, cukru, słoiki konfitur zamknięte pergaminem i obwiązane szpagatem, weki, wiszące kiełbasy, białe od pleśni salami. Zauważyć żółto połyskującą kaczkę z bezwładną szyją owiniętą papierem, jej pomarańczowe łapki i cofnąć się z przestrachem.
Przebiec obok czkającego wyziewami starej kamienicy zlewu na korytarz. Przegalopować na kolanach chodnikiem aż do progu stołowego pokoju, próbować zajrzeć przez szparę pod drzwiami, wspiąć się na palce, dostać z trudem klamki, pchnąć drzwi i znaleźć się w ciszy pokoju, gdzie tylko tykanie budzika Babuni na kredensie.
Nad biurkiem będzie wisiało zdjęcie pięknej pani, o której mówią, że to Mama, ale zupełnie niepodobnej do Mamy i wszystko będzie takie jak zawsze : dywan, okrągły stół, biurko, krzesła, barania skóra pod fotelem przy biurku i lampka z kolorowymi szkiełkami, waga na listy, szklana kula, stolik z mosiężnym blatem do gry w szachy, wszystko, wszystko. Poduszki na tapczanie - jedna makowa, druga szydełkowa, zszywacz biurowy udający lokomotywę, którym tak dobrze jeździć po dywanie i gwizdać. W biurku kompoty z truskawek, pasztet z majerankiem, klapsy w wekach. Na bieliź-niarce - tej z lustrem - bursztynowe słoniki, patynowana „Ostatnia Wieczerza” Leonarda nad kredensem, kwitnące maki na ścianie przy radiu, przekwitające peonie nieopodal biurka, Żywoty Wszystkich Świętych pod radiem. Lampa, fotel, drewniany, klonowy liść tam gdzie zawsze - nic nie zmienione.
Niepostrzeżenie zapadnie zmrok i palma przy oknie stanie się rysunkiem, firanki zszarzeją, rozpłyną się w pokoju. Za oknem wciąż będzie padał śnieg i niemiecka willa w ogrodzie stanie się górskim zamkiem z basztami i krużgankami osypanymi bielą.
Słychać będzie tylko tykanie budzika Babuni na kredensie tiktak tiktak tiktak, a może stłumione odgłosy mycia naczyń w kuchni, ktoś przejdzie korytarzem i zabrzęczą cicho talerze w kredensie, potem skrzypną drzwi i wejdzie Żenka z wazą zupy, otworzy ciężkie, żeliwne drzwi piekarnika w piecu w rogu pokoju, położy wazę by nie wystygła.
Usłyszymy nagle dzwonek w korytarzu, ktoś zawoła z głębi mieszkania :
- Wandzia wróciła !
Wandzia stanie w drzwiach z mokrymi od śniegu różami i zielonymi jak łąka ogórkami i będzie już wieczór, zaparowane szyby w kuchni, buchający parą wrzątek, lejący się z czajnika do miski, długa i wąska łazienka, gdzie za zasłoną koło drabiny mieszka pająk i lśni ciemno-bordowa podłoga, a okno jest gdzieś wysoko jak w piwnicy i na dnie wanny, głębokiej i ciemnej jak studnia, zawsze leżą w kałuży wody przyniesione z miasta róże.
Potem, już w pidżamach i w zapachu mydła odbędziemy podróż „na barana” pod sufitami, ponad stołem, kredensem i krzesłami, obok żyrandola, koło palmy, lot pod framugą do lodowatej sypialni, gdzie w ciemności chłodne pierzyny jak białe balony pachnące krochmalem, miękki materac pod kolanami i buch twarzą w poduszkę, ale fajnie ..., i jeszcze raz klękanie, przechylanie się na boki, łapanie równowagi.
- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego ...
I buch w poduszkę.
- Przestańcie !
Pochylony nad nami cień cioci Żenki z blaszanym termoforem.
- Uwaga, podnieść nogi, bo gorące !
Jego ciepłe liźnięcia po prześcieradle.
Szelesty nocy. Coś za firanką. Stoi. Coś w apteczce na ścianie, może po-każą się kukiełki. Coś na szafie, w mroku między walizami, pudłami na kapelusze.
Smuga światła pod drzwiami, dobiegające stamtąd głosy dorosłych, brzęk talerzy
i kieliszków, chwile ciszy przerywane wybuchami śmiechu jak wystrzałami. Wysoki
i ostry głos Ojca, oponujący Mamy, cichsze głosy cioć i Babuni. Lodowate zimno sypialni, jakaś walka w ciemności, o coś, kopanie pierzyn nogami i nagłe wtargnięcie światła i dymu do sypialni.
- Będziecie wy mi wreszcie cicho ?! Spać !

Gdzie jest tamten Toruń, co się z nim stało? Gdzie sypialnia rankiem, kiedy z nocy wyłaniają się wielkie łoża i żagle pościeli, a światło sączy się poprzez ciepłe zasłony, ślizga po meblach, wspina na gzymsy, przeskakuje z szafy na szafę, odsłania obłe kanty waliz, wsiąka w tajemniczych cieniach, załamaniach, zjeżdża smugą po drzwiach komody i zawisa kroplą kluczyka w zamku.
Na stolikach nocnych połyskują srebrem świeczniki i krucyfiks, a drzwiczki apteczki na ścianie między oknami - która nie jest apteczką tylko schowkiem Dziadka, a może pradziadka na cygara - przez noc uchyliły się i w okienku coś jakby przez chwilę poruszyło. Dywanik koło łóżka jest taki ciepły, a podłoga taka zimna i słychać Babunię w drugim pokoju, kiedy podlewa kwiaty i spryskuje palmę. Brzęczą talerze w kredensie, gdy idzie do kuchni, potem słychać tylko tiktak tiktak budzika i trwa Toruń. Jest. Istnieje.
W radio słychać uderzenia młotka ze Stalinogrodu i trąbki z Łodzi koło południa, Babunia miele kawę w młynku na drzwiach kuchni, nalewa zupę z zacierkami do talerza na taborecie, czyta o tym jak kurka z babcią leciały aeroplanem, czyta „Lokomotywę” Tuwima, smaży jajecznicę, obok talerza leży pudełko kredek z harcerza-mi w mundurach zielonych jak świerki w Pobierowie, raki wychodzą z miski na podłogę i trzeba uciekać, krzyczeć Babuniuuuuuuuu ! ! aż budzi się cała kamienica i wszędzie pachnie kawą, a w korytarzu, tam gdzie lustro - wodą kolońską i w lustrze widać przez chwilę jakieś dziecko, na ziemi stoją buty na baczność, a za bursztynową szybą ktoś właśnie stanął i dzwoni - kobieta z masłem i śmietaną, albo praczka, a może pani Karakulska z wizytą.
I trwa przedpołudnie, ziewa, przeciąga się. Kasztan za oknem coraz wyższy, nie-ruchome dymy pociągów za Wisłą. Lato. W parku pod sosnami gęsty jak syrop za-pach żywicy, rozgrzane igliwie, rude mrówki. Upał. Koc na trawie, ciocie w opala-czach, łopatka i wiaderko z piaskiem, jakaś ścieżka wśród wiklin i jest rzeka ! Babuniuuuuuuuuuuu rzeka!!! Płynie brązowa, plaża oślepia jak śnieg i Toruń. Toruń.
Był, a teraz go nie ma. Ani tu, ani tam. Nie ma. Odleciał, wsiąkł w piaski pustyni, wyparował. Nie ma go, tak jakby nigdy nie było.
A przecież istniał. W niedzielę, w kwietniu, grudniu, w piątek. Wietrzył pierzyny, chodził do pracy na Mokre, jeździł tramwajem na Jakubskie Przedmieście, chodził do kościoła, zjeżdżał na sankach, przynosił węgiel z piwnicy, po południu, wieczorem piekł kaczkę, gotował czerninę, patroszył ryby, drób. Żołądek opalizował jak muszla. On chyba zostanie lekarzem - mówiła Wandzia, Babunia wyciągała z pieca czarną brytfankę, skwierczał tłuszcz, pachniały jabłka, majeranek, rosło ciasto drożdżowe, lampa wisiała tak strasznie wysoko, Żenka zdobiła mazurki, pachniały migdały, pachniała pasta do podłóg, pachniała kaczka, pachniała zielona pietruszka, biło gorąco z pieca, podczas wspinaczki na taboret rosół z kury stał na oknie i wtedy trach ! Wszystko rozprysło się, popłynęło: marchewka, pietruszka, biała kura na podłodze, cała kuchnia mokra, ślizgawica.
Były Święta, niedziela, nerwowe poprawianie szalików, włosów, szminek, chustek.
- Pospieszcie się - mówiła Babunia.
- Pospieszcie się - mówiła Wandzia.
- Pospieszcie się - mówiła Żenka.
Ołtarz tonął w kwiatach, dzwoniły dzwonki, ludzie śpiewali, było cicho, w kaplicy niebieska Matka Boska, w stawie czerwone rybki, kwitły kasztany, było tyle miłości, tak bezpiecznie, ministranci w komżach, dym kadzideł, a w domu zapach pasty do podłóg.
Tyle podróży było jeszcze przed nami, tyle płatków wiosną na chodniku, tyle błyszczącego śniegu w parku, na parkanach, tyle światła nagle, gdy otwierały się drzwi do pokoju i płonęły miliardy świeczek na choince, tyle prezentów.
Aniołowie śpiewali kolędy, biły dzwony w kościołach, zapalaliśmy pierwszą gwiazdkę na niebie, chowaliśmy się za fotel przed świętym Mikołajem. Na stole leżał biały obrus, wino w kieliszkach, promienie słońca w kompotierkach, słodkie jak miód klapsy, konfitury, i zupa szparagowa, pamiętasz, ziemniaki puree i pieczeń toruńska i mizeria, marynowana dynia i toruńskie pierniki, toruńska kruszonka, toruńskie mazurki i kaczka. Tyle potraw, zapachów, tyle wieczorów.
Dzieci jadły przy małym stoliku i grożono, że jak się nie uspokoją, bo jedno wrzuciło chleb do zupy, a drugie zabrało łyżkę, to będą jadły na wycieraczce. Dorośli o czymś z ożywieniem dyskutowali, śpiewaliśmy „ach gdzieś ty bywał czarny baranie”, śpiewaliśmy „w murowanej piwnicy”, tańcowaliśmy jak zbójnicy, brzęczały talerze, drżały kieliszki, przestańcie - śmiała się Babunia, przestańcie śmiały się ciocie, przestańcie, przestańcie.
Pachniały jabłka w piekarniku, czytano „Kubusia Puchatka”, kupowano nuty, kupowano eleganckie kapelusze, rękawiczki, spacerowano po ulicy Szerokiej. Mama biegła do gimnazjum Królowej Jadwigi, trenowała wioślarstwo, za rzeką w Małpim Gaju żółkły drzewa, w klubie oficerskim tańczono walca, jeżdżono na kuligi, marszałek Śmigły Rydz odbierał defiladę ułanów na błoniach za Martwą Wisła, były lata dwudzieste, trzydzieste, Mama na obozie harcerskim w borach Tucholskich, Wandzia z dziewczynkami w strojach krakowskich, Żenka malowała akwarele, Olek gdzieś na granicy w wojsku, potem w obozie koncentracyjnym, Elek w Szkocji, Krzyżacy przeprawiali się przez Wisłę, zakładali miasto, budowali zamek, mieszczanie wznosili kościoły świętego Jana, Panny Marii, Jakuba, rosły gotyckie mury, gotyckie okna, burzono zamek krzyżacki, Toruń rodził się i umierał, dojrzewał, miał 16 lat, szedł mostem przez Wisłę, wczesną wiosną, w zamieć, nagle w obcym świecie, z długimi ramionami, kiedy wszystko zmalało i było gdzieś w dole jak sen, kumkały żaby, dzwoniły tramwaje na Bydgoskim, kominiarz szedł po ulicy Mickiewicza, stały domy z pruskiego muru i kwietniki w parku, i łabędzie na stawie i ach Boże ! wszystko, wszystko.
Żeby wrócił. Toruń jak dobry sen.

Jacek Lilpop                                                                                                                                                          1992














 

 
 
 
<<