Jacek Lilpop                                                                                                                                            copyright© Jacek Lilpop


                                                    

                            Niech ci się przyjrzę

 

                                                                               Posłowie

                                                                         Anna Sobolewska

 

 

                                                             

                                                               Między   Jesienią   a   Zimą


 

x x x

Sopel lodu w błękicie
Piana
Tak lekka
Że skały płyną
Trawy
Już spopielone
.........................
Konie
konie
Biegną po ziemi !

 

 

x x x

Sztylety słońca
uderzają
wiatr wysusza skórę

Płyną trawy
płyną zielone
furkocząc
w ogromniejące
ciągle i wciąż
rosnące
niebo

Jest Lipiec

 

 

x x x

Kryształ nieba
aż dzwoni

obłoki
lżejsze od ciszy

drzewa
zatrzymane w pół skoku

nawet szum piasku ustał
 i skwierczenie kamieni...

Na plaży 
krople potu.

 

 

x x x

Dzień skończony
Drzewa zmęczone
Nerwowe liście
Spokojne

Cisza

Na zachodzie
Niebo
Bije sokiem
Coraz mocniejszym
Jak wino

Napiera noc
 

 

Nocny wiatr

Rosło niebo

Zataczając koła
Nad drzewami

Płynęły czaple
O długich
Giętkich
Szyjach

Szeleszcząc

Wstrzymałem oddech
Aby nic nie stracić
Z tego lotu
 

 

Burza

noc
jak rzeka
wiatr

wydęte kołdry chmur
i łopot
mokrych prześcieradeł
 

 

 x x x

Nocą
na plaży
wiał suchy wiatr
rósł szum morza

Do gardła
podchodziła
wilgoć

Nie mogłem
przełknąć
śliny

 

Między jesienią a zimą

Miałem zły sen
Na stację wjechał pociąg
Długi
Powoli napełniano
Ściętym drzewem
Mokrymi liśćmi

Po czarnym żużlu peronu
Przez zapach żywicy
Przedzierał się
Mały zawiadowca

Krzyczał że idzie
Zima

 


Brzozy

Biel ta
nie z tej
co w napiętych żaglach
gdy dzień faluje
bryzgami wody na wietrze
ani
mew zastygłych
w błękicie

Zimą
choć słońce nisko
wyziębłe gałęzie
sieką szkliste niebo
bielą tak gwałtowną
że mrużysz oczy

 

Marzec

Słońce skacze po dachach
z pluskiem
zjeżdża sankami
na ulice.

To z nadmiaru lekkości
i bieli
drzewa wystartowały
szybują teraz łagodnie
drżąc z przejęcia gałęziami.

Taki lot ...!

W popiskujący cicho śnieg
padają
wyziębłe gałęzie
wilgotne pióra
łabędzi.
 

 

Podroż

Na stacjach pociągi
prężą oszronione grzbiety

niebo przeciąga się
i oddycha głęboko
chłodną mgłą

Ze snów wychodzą
pierwsi przechodnie
bar na rogu ulicy
kawa z mlekiem
dymiący parowóz

 

Barok

Gasły świece
Ciemniało złoto
Dym osiadał ciężko

Grały organy

Powoli
Majestatycznie
Po sierpniowym niebie
Wspinały się
Nabrzmiałe bielą
Obłoki

Wąską uliczką Amsterdamu
Szedł Rembrandt.

 

Bieg

płaska podeszwa
z wypryskami gumy
jak piłka
pod kątem od bija się .

odbijają od ziemi
uciekają dwa buty
od - do
na przemian
wahadło

 

 

x x x

Tak tu zimno
w świetle latarń
tyle ulic biegnie
niemych domów
piętrzy się

gorączkowo szukam
wyjścia
z Miasta.
 

 

x x x

Gdzieś są komnaty i świece
Jak muzyka z oddali
Gdzieś kobaltowe rzęsy
Skryty w ich cieniu paź

U mnie jest neon
Mleka Z Butelek Nie Przelewamy
Polecamy kurczaki!

 

x x x

Powieką nocy
zgasić
oko dnia

zapalić
światło snu

osłonić się rzęsami
przed krzykiem
przebudzenia

 

x x x

Pochylić się
Ugiąć kolana
Odbić lekko

Z twarzą
Do słońca
Jak żagiel
Popłynąć.

Zostawić wszystko
Może i bez żalu

Zwłaszcza wieczory
Panie Doktorze
Są chwilą gdy czuję
Jeszcze delikatne chłostanie
Wiatru słonecznego

 

 

 

 

                                        

                                                                    Wołanie


x x x                                                                                         

Już Zimą zawiało
sucho
płatkami chłodu
na końcu języka

x x x

Ależ osiwiał ten świat i wyłysiał!
Ścięty jak białko formaliną.

x x x

Zaniosło się niebo śniegiem
ukośnie
w esy floresy

x x x

Jednostajny lot
wielkich białych sów
cichych kotów skoki

 

 

 

x x x

śnieg biały jak sól
                       jak kasza
                       jak cukier
osypał miasto
Śnieg zimny
                      bez zapachu
                      bez smaku
taki śnieg jest tylko w mieście

 

 

Góry ponuro

Takie skały wybebeszone
z wnętrza ziemi
ziemskie flaki
wydęte

 

 

Roztopy

To wtedy
gdy końskie kupy
błyskają
orzechowymi oczkami
radosnymi ziarenkami owsa
w roztajałym śniegu.





Odwilż

I zaraz tyle krów
tyle łaciatych wyległo na ulice
gdzie spojrzeć żują :
wodniste, łaciate krowy.
Na skrzyżowaniach leżą ich skóry.

 

 

x x x

A więc
zaczęło się
okrywanie szkieletów
patyków
podważanie skorupy
pęcznienie materii organicznej

w czerni zielone światełka

robaczki świętojańskie
Wiosny                     

 

 

Sentymentalnie

Trawo trawko trawusio!
zieloności moja !
Tak chciałbym cię pogłaskać
dotknąć
twoją czuprynkę
że jesteś

 

 

x x x

Jeszcze nie szelest
łopotanie
jeszcze są kruche
lekko kwaśne
krople zieleni

 

 

x x x

O warkocze chmur !
O katedry obłoków !

 

 


x x x

Liściu konwalii
kiełku
pochewko błękitu
przebijająca zimny balon
świata.
dzień twardy jak gałęzie
języku płonący
spokojnej zieleni
oddechu motyla
zamszowy i drżący
jak antenka na wietrze
liściu. Mój.

 

 

Deszcz

pada
i znów: obrączki deszczu
           parasole obrączek
           szare bą - 
                           bel -
                                   ki
           szum

 

 

Lot

Srebrne bryzgi fal
w oczy

Pięść wiatru
w płuca

Dzwon nieba

Z twarzą słońca
w twarz

 

 

x x x

O rozwielitko tańcząca
w tropikalnej puszczy wody!

ślimaku słuchający
szmeru błota

mewo krzycząca do ryby
falo gorzka i słona

żaglu słońca rozpostarty
nad szeptem niewolnika:

ja mączka rybna cywilizacji
królik doświadczalny ideologii .
mięso armatnie glina historii

na przemiał.

 

Wołanie

Która nad miastem
wyciągasz korzenie
ciemne i splatane
a w przestrzenie barokowe 
wzbijasz pióropusze
bite śmietany
zatrzymane w locie

Chmuro! chmurko!
krzyczę do ciebie!
i do jaskółki 
co kreśli pod tobą łuk
i do dziecka
które śmiejąc się
mówi: głupi ... głupi ...
          do chmury woła.

 

 

Depresja

Już zawsze ten ścisk gardła
i tłumy oślepłe biegną ulicami
i tylko ptaki, gołębie, wróble,
jaskółki, jerzyki oszalałe w powietrzu
jak ćmy, wielki motyle trzepoczą skrzydłami
w ciszy, w takiej ciszy, ze tylko krzyk ptasich
gardziołek, a może dzieci w gorzkim dymie wiosny,
głosy.
 

 

Prąd

Stoję nad rzeką i nagle zdaję sobie sprawę z tego,
ze tonę. Czuję, że tonę. Stoję na brzegu
i tonę. Dzień po dniu. Jeszcze trzymam się 
drzewa, gałęzi, witki wierzbowej, listka.
Jeszcze padam na kolana, aby nie dać się porwać,
przywieram ciałem do wilgotnej ziemi,
wsłuchuję z nadzieją w ledwo uchwytny trzask
zielonego ognia, ale przeczuwam już,
przeczuwam, że ...

 

 

         Bentos

Czasami  wydaje  mi  się,  że  jesteśmy  dziwnymi  stworzeniami  głębin,  że  żyjemy na  dnie,  na  samym  dnie  oceanu  powietrznego,  w  najgłębszej  z  głębin,  jakbyśmy  byli  jakimiś  kretami.  W  cieple  i  gnilności,  w  gęstej  atmosferze  naszych  wyziewów,  stłoczeni  i  ślepi  ryjemy  korytarze,  przerabiamy  i  przejadamy  nieustannie  materię  naszego świata.  Przeciskamy  się  między  sobą  i  rozpychamy,  torując 
z  krecim  uporem  małymi,  zręcznymi  łapkami  drogi  życia.  I  pożeramy  się  też 
w  ciemności  i  ciszy  głębin  -  kanibale.  Czasami  tylko,  któryś  z  nas  odrzucony  na  bok  przez  zadyszane,  ślepe  i  spocone  mrowie,  albo  zmęczony,  nie  mając  już  sił  dalej  przedzierać się  w  tłumie,  przystanie  i   uniesie  przypadkowo  w  górę  pyszczek, 
w  rozsuwający  się  nad  nim   korytarz  domów  i  poczuje  nagle,  węsząc  niespokojnie,  jakby  jasność  wielką  i  porażającą,  jakby  coś,  co  już  gdzieś,  kiedyś  poznał,  ale  zapomniał.   Chciałoby  się  rzec  -  zobaczył  światło,  choć  nie  wiemy,  co  znaczy  widzieć  i  nie  wiemy,  co  znaczy  światło.

Wiosną  bywają  takie dni,  gdy  czujemy,  że  niebo  nagle  rozsuwa  się  nad  nami 
i  otwiera.  Zatrzymujemy się  i  stajemy  obezwładnieni    jego  przeczuwaną  głębią,  ogromem  światów.  Czujemy  pod  tym  niespodziewanie  otwartym  niebem  przepełniającą  nas  nieznaną  lekkość,  jakby  ktoś  ciężar  wielki  z  nas  zdjął,  jakby  jakiś   niewidzialny,  wgniatający  nas  coraz  głębiej  i  głębiej  palec  na  chwilę  zwolnił  ucisk.  Jest  to bardzo  dziwne  uczucie  dla  nas  stworzeń  głębin.  Oddychamy  głęboko,  lecz  wiemy,  że  jest  to  tylko  krótka  przerwa,  niespodziewany  moment  wytchnienia.  Za  chwilę  znowu  się  zacznie  nasze  życie,  z  jeszcze  większą  siła  poczujemy  ucisk,  to  tak  dobrze  znane  wgniatanie.   Z  jeszcze  większym  uporem,  w  milczeniu,  zaciskając  czarne  ryjki  rozpoczniemy  nasza  pracę :   nieustanny  ruch  giętkich  łapek,  napięty  wysiłek  mózgów,  wzajemne  zagryzanie  w  ciemności,  wytrwałe  przedzieranie  do  przodu.

Właściwie  nie  lubimy  tych  chwil  dziwnych  i  oszałamiających,  tak  różnych  od  naszego  świata  mroku  i  znojnej  pracy.  Niepokojąca  jest  owa  jasność,  niezrozumiała  niespodziewana  lekkość,  której  doznajemy.  W  takich  chwilach  nasze  nienawykłe  do bezruchu  łapki  stają  się  bezużyteczne,  nasz  pulsujący  mózg  -  niepotrzebny.  Nagły  brak  oporu,  nieoczekiwana  ulga,  którą  czujemy,  wszystko  to  wprowadza   nas  w stan   zaniepokojenia,  budzi  lęk  i  dezorientację.  Czujemy  się  pod  tym  rozwartym  nagle  niebem  nadzy,  wolni  i  zagubieni.

 Na  szczęście  chwile  takie  trwają  krótko.  Ciężka  zasłona  nieba  (znowu  czujemy jego  ciężar  każdym  włoskiem  wilgotnego  ciała)  zamyka  się  nad  dachami  miasta,  chroniąc  nas  przed  tym,  co jest  jak  niepokojące  przeczucie,  a  może  wspomnienie  czegoś,  o  czym  już  zapomnieliśmy  jak  o  niespokojnym  śnie.  Dobrze  wiemy,  że  tamta  jasność,  towarzyszące  jej  niepewne  poczucie  wolności,  brak  oporu  i  ogarniająca  nas  złudna  lekkość  to  tylko  omamy,  chwile  słabości.  Wiemy,  że  nie  ma  i  nie  może  być  żadnego  „tam”,  nie  ma  innego  świata  poza  naszym  tu  i  teraz.  Są  tylko  korytarze  domów,  wytrwałe  przedzieranie  do  przodu,  narastający,  z  dnia  na  dzień  coraz  większy  ucisk,  węszące  pyszczki  w  ciemności,  gonitwa  i   zagryzania,  jest  ciepła  i  bezpieczna  wilgoć  naszego  świata  głębin.  Tylko  to.  

 


x x x

Dym wiosny chrzęści w zębach
i w pajęczynie nocy
otwarte oczy

drzewa jak ciepła skóra
przy twarzy jak włosy
ich wargi lepkie liście
i trawy iskry elektryczne
wiosny
tak proste jakby nagie
w ciszy

jabłoni gałąź biała ręka
prostuje się w przegubie 
rozwiera gardziołko ptaka
wilgotne jak mech

 

 

x x x

Jej skóra

z zapachem niemowlęcia, pomarańczy
i kępką waty na szkle



 

x x x


Twój nosek ...
Mała dziewczynka
gdy na nią patrzyłem
zawstydzona
nastroszyła lniane warkoczyki

 

 

x x x

zamykasz oczy - zboża rzęs

wchodzę w zielony półmrok ...
spiczaste pokrzywa, ostre trawy z
baldachimy, przestrzenie
nade mną szelesty śpiewy
o niebo! niebo!
pędzące przez liście
tak szeleścisz niebo
gdy rozsuwam
twój kwiat ...

 

 

 

                                 

                                                 Niech ci się przyjrzę
 

 

Na morzu

Sierpniowa noc. Powietrze wilgotne
od soli. Niesiemy żagle
nurzając dziób w martwej fali.
Nad nami gwiazdy, jak wysypka.
Fosforyzują w pustce, czarnej
jak aksamit. Wilgotna psia skórka,
ale bez zapachu. Przed nami ukryty
ląd, wyspy. Przyszłość - bez woni,
smaku, nierozpoznawalna, nieuchronna.

 

 

x x x

Kiedy nas jeszcze
nie było, gdy jesteśmy
i gdy nas nie będzie.
Wiatr, obłoki, przenikliwy
wzrok słońca, cienie traw,
wyspy na horyzoncie. Obietnice.

 

 

x x x

Przedwiośnie pachnie
trawą i kadzidłem
dzwonki sikorek
grają na rekolekcje

Zdziwienie
jak lekko
zaczynać nowe życie !
Jakby się nic nie zdarzyło
jakby przedtem nie było

 

 

x x x

Jeszcze jeden obrót Ziemi
jeszcze jedno przebudzenie
 





x x x

Niech ci się przyjrzę
świecie
jaki jesteś

I tobie Myszko
kropli wody
jakie niesiesz światełko
i jaki cień

Póki czas

 

 

x x x

Przedwiośnie pachnie
trawą i kadzidłem
dzwonki sikorek
grają na rekolekcje

Zdziwienie
jak lekko
zaczynać nowe życie !
Jakby się nic nie zdarzyło
jakby przedtem nie było




 

x x x

Posłańcy wiosny przybyli.
Uderzenia dziobów, wydaje się,
nigdy nie ustaną. Ile w nich
zawziętości, pewności siebie.
Jakby śmierć nie istniała.
Ich pióra i oczy błyszczą.
 



 

x x x

Słońce krwawo zachodzi
Ojciec bije dziecko
bije dziecko pasem
a Matka woła : lass doch !
i płonie źrenica słońca
nad oceanem płaczu.

 

 


Spacer

Zacieki deszczu, zakosy
śniegu, czarne pnie,
krople jak soczewki.
Skupione światło dnia,
szum miasta,
bicie serca.
Ona szła tędy. Jej
twarz, brwi, rzęsy.
Głosu nie pamiętam.
Okruchy nieba
pod stopami.
 

 

 

Wiersz odnaleziony po 10 latach
                                                       Basi

Pozwól, pozwól mi jeszcze
twojej smukłości
gibkości twojej
różowej konchy słońca
w płatkach maku

Obejmij mnie
jak wieczór
chłodnymi udami
dotknij
ciepłym zamszem
skóry
pocałuj
pyszczkiem białej owcy
piersi

Daj płynąć w rzece oddechu
w woni lasów twoich w tymianku
w szałwi i w morszczynie
nie odchodź, nie odchodź jeszcze

W wodorostach włosów twoich wplątany
ile to lat, ile lat w wietrze czasu

Marszczy się świat i wygładza
cielesny jest i nietrwały
cielesna jesteś i nietrwała
w obłoku ciała.






Portret

Pod spojrzeniami, pod dotknięciami
chmur, z mgły, z nieistnienia
rodzą się płatki powiek,
rośliny rzęs, chłodne cienie
pod drzewami, żyłki błękitne,
strumyki ciepłe krwi, skrzydła
jerzyka, gdzie każde pióro
osobno, choć razem i drży.

Są tak blisko, tak wyraźnie
a jednak oddalają się
nieuchwytne i zmienne,
już zatarte twarze.
W zmatowiałych lustrach
wilgotne wargi
ściągnięte brwi.

Pod spojrzeniami nieba, we mgle
krzyki mew, nawoływania statków,
przypływy i odpływy.




 

Rzeka

Idąc jej brzegiem nagle widzę
młodość Rodziców pachnące smołą
przystanie wikliny nad wodą plaże,
widzę kajak opalone ramiona Ojca,
słyszę śmiech Mamy.
Szumią drzewa wieje czas
podmuchami wiatru gładzi trawy
skłania ku ziemi i gnie.
Palce liści są wiotkie i rozchylone
nietrwałe i kruche jak istnienie.
Mlecze otwierają żółte oczy.

 

 

Dolina

Idę, schodzę doliną
coraz węższą.

Z boku, ze ścian
wodospady, szum potoków
chichoty wspomnień
mrok nicości.

Przede mną
morze światła
jak nieugaszone pragnienie
nadzieja.


 

 

Grań

Nie myśleć, nie myśleć o przyszłości.
Ale jak żyć bez światła, bez pożądania
w ciemności, gdy kasztany nad ranem
wiotkimi palcami dotykają ciszy
i zieleń klonów płonie jak nadzieja ?
Jak żyć bez spełnienia ?
Kiedy tyle przepychu, taki śpiew
i słupy ciszy, lichtarze woni
katedry drzew, kiedy nad ranem
ścieżka wśród traw
coraz węższa,
grań.


 

x x x

Po szmaragdowych łąkach
dzieciństwa
zagalopować trąbką
wzruszenia

 

 

W raju

Niedzielne popołudnie.
Ciepłe palce słońca
na murach domów,
w lusterkach okien niebo,
w kompotierkach truskawki.
Kryształy cukru jak lodowce
topnieją w oceanie soku.
Jaśminy, lato, bezkresne
nieskończone lato dzieciństwa.

 

 

x x x

Z borów, znad zielonych ruczajów,
z wilgotnych lasów, ciepłych zagajników,
z otchłani dzieciństwa płynie bursztynowa,
głęboka jak rzeka, ulotna i słodka
woń.
I znowu to tu, to tam
w trawie, w zeszytach, pojedynczo,
w książkach, albo stadami jak jelenie
( ten bieg kredki po papierze )
jędrne i twarde, pod ciemnymi świerkami
jak wojsko w hełmach kasztanowych,
gdzie spojrzeć : na polanach
na mchach jak ordery albo kwiaty
na ołtarzach Jesieni
grzyby.


 

 

 

O WIERSZACH  JACKA LILPOPA

Niech ci się przyjrzę
świecie
jaki jesteś
(...)
Póki czas .

Wiersze Jacka Lilpopa nie są diagnozą bolączek świata, ani też sondowaniem głębi własnego "ja". To jest uczciwy poetycki zapis p e r c e p c j i  świata. I właśnie sposób widzenia uruchamia wyobraźnię poetycką, porusz światy wewnętrzne.
Głównym źródłem inspiracji jest dla Jacka Lilpopa przyroda. Podmiot jego wierszy tropi najmniejsze skrawki przyrody w wielkim, mieście. Odzwierciedlony świat przyrody staje się dla niego terenem eksperymentów poetyckich i psychologicznych.
Istotą przyrody – a zarazem poetyki Jacka Lilpopa – jest dynamika, chwytanie rytmu zmian. Podmiot wprawia w ruch całą przestrzeń świata: „płyną trawy”, „skały płyną”, „niebo przeciąga się/ i oddycha głęboko”, „niebo/ bije sokiem”, „drzewa wystartowały”. Zaciera się granica między człowiekiem i przyrodą. Jest ona nie tylko lustrem dla psychiki podmiotu – staje się jego ciałem.

Dym wiosny chrzęści w zębach
(...)
drzewa jak ciepła skóra
przy twarzy jak włosy
ich wargi lepkie liście    

                                                                                                                                                                

Świat ulega nieustannym metamorfozom; brzozy przemieniają się w mewy, plamy odwilży na asfalcie - w łaciate krowy. Powracającym motywem są obrazy nieba. największą różnorodnością i pomysłowością w tym tomiku odznacza się metaforyka związana z chmurami: "wydęte kołdry", "korzenie nieba", "katedry chmur". Motyw "pejzaży nieba" oraz epifaniczna zwięzłość tych wierszy zbliża je do poezji dalekiego Wschodu. Wiersze Jacka Lilpopa, podobnie jak poezja japońska, czy chińska, łączą wewnętrzną dynamikę obrazu i dźwięku z kontemplacją ciszy, poszukiwaniem ukrytego "dźwięku" ciszy i pustki -"dzwonków sikorek" czy "plusku odwilży".                                    

Kryształ nieba
aż dzwoni
obłoki
lżejsze od ciszy

Nieobecność wymiaru kontemplacji w świecie współczesnym jest tematem poetyckiego mikroeseju „Bentos”, w którym została udosłowniona potoczna metafora „wyścigu szczurów”.
Bohaterami tego utworu s ą ludzie – krety, których naturalnym środowiskiem jest podziemna sfera gnicia. Ludziom – kretom przytrafia się czasem nieoczekiwanie momentalne doświadczenie światła i lekkości. Te doświadczenia nie są jednak pożądane, budzą lęk i niepokój: Jest to bardzo dziwne uczucie dla nas stworzeń głębin. Oddychamy głęboko, lecz wiemy, że jest to tylko krótka przerwa, niespodziewany moment wytchnienia. Za chwilę znowu się zacznie nasze życie (...)Właściwie nie lubimy tych chwil dziwnych i oszałamiających, tak różnych od naszego świata mroku i znojnej pracy. Niepokojąca jest owa jasność, niezrozumiała niespodziewana lekkość, której doznajemy.
To my jesteśmy oślepłym plemieniem „ludzi – kretów”, które nie jest w stanie znieść jasności poezji, ani blasku myśli, czy doświadczeń wewnętrznych.
Tematem wielu wierszy jest sen, zwłaszcza specyficzne „światło snu”, które pozwala lepiej widzieć także za dnia.

Ze snów wychodzą
Pierwsi przechodnie

W utworach Jacka Lilpopa przyroda nie jest właściwie środowiskiem człowieka. Człowiek jest tylko przechodniem w świecie. Jego odejścia świat przyrody nie zauważy. Ten temat podejmowało wielu poetów współczesnych, wyrażając żal wobec „obojętnej” przyrody. U Lilpopa nie znajdziemy jednak żalów wobec natury. On nie oddziela człowieka od przyrody, a to znaczy, że przyroda nie ma wobec człowieka żadnych zobowiązań. Po prostu jest.
W świecie poetyckim Jacka Lilpopa zwraca uwagę nieobecność innych ludzi – choćby w funkcji rozmówców czy głosów wewnętrznych. Dwa piękne erotyki nie mogą zmienić tego wrażenia, gdyż miłość w nich przedstawiona również jest „roślinna”, podobnie jak marzenia senne.
Autor buduje opozycję między światem przyrody, będącym przyjazną otoczką, matczynym „łonem” człowieka a pustynią cywilizowanego świata:

Tak tu zimno
w świetle latarń
(...)
gorączkowo szukam
wyjścia
z Miasta.

Dodajmy, że wizytówką tego Miasta staje się neon „Polecamy kurczaki”.
Przyroda w wierszach Jacka Lilpopa jest Osobą, podzielona na szereg żywych, czujących istot, gospodarzy nieba i ziemi. Sta pełne uczuć apostrofy: ”Trawo, trawko /trawusio/ zieloności moja”, „Chmuro!/ Chmurko!”. Nastąpiło tu całkowite uwewnętrznienie przyrody, które nie jest tylko poetyckim psychologizowaniem, lecz propozycją filozoficzną. Jeśli w tym świecie obecny jest Bóg, jest może Bóg panteistyczny, nieoddzielny od przyrody, może ktoś w rodzaju „deus sive natura” Spinozy? Jedyną manifestacją Boga jest przyroda, tylko w niej ujawnia się sacrum:

dzwonki sikorek
grają na rekolekcje

Tylko przyroda ma moc uzdrawiająca, zbawczą: „Czuję, że tonę. Stoję na brzegu i tonę. Dzień po dniu – czytamy w wierszu „Prąd” – Jeszcze trzymam się drzewa, gałęzi, witki wierzbowej, listka.”

 

                                                                                                                                                                          Anna Sobolewska

 

Spis  treści

 

MIĘDZY  JESIENIĄ  A  ZIMĄ

  xxx  Sopel lodu w błękicie 

  6 

 
  xxx  Sztylety słońca  

 7

 
  xxx  Kryształ nieba        

 8

 
  xxx Dzień skończony  9  
  Nocny wiatr      10  
  Burza  11  
  xxx Nocą   12  
  Między jesienią a zimą       13  
  Brzozy       14  
  Marzec       15  
  Podróż     16   
  Barok      17   
  Bieg        18  
  xxx  Tak tu zimno     19  
  xxx  Gdzieś są komnaty      20  
  xxx  Powieką nocy           20  
  xxx  Pochylić się             21  
            
  WOŁANIE    
       
  xxx  Już zimą zawiało          

 24

 
  xxx  Ależ osiwiał   

 24

 
  xxx  Zaniosło się niebo     25  
  Pada śnieg      25  
  xxx  Śnieg biały      26  
  Góry ponuro   27  
  Roztopy           28  
  Odwilż   29  
  xxx  A więc    30  
  Sentymentalnie      31  
  xxx  Jeszcze nie szelest        32  
  xxx  O warkocze chmur    32  
  xxx  Liściu konwalii      33  
  Deszcz   34  
  Lot      35  
  xxx  O rozwielitko    36  
  Wołanie   37  
  Depresja  38  
  Prąd   39  
  Bentos      40  
  xxx   Dym wiosny     42  
  xxx   Jej skóra          43  
  xxx   Twój nosek       44  
  xxx   Zamykasz oczy         45  
       
  NIECH  CI  SIĘ  PRZYJRZĘ    
       
  Na morzu     48  
  xxx  Kiedy nas jeszcze            49  
  xxx  Przedwiośnie pachnie       50  
  xxx  Jeszcze jeden obrót Ziemi          51  
  xxx  Niech ci się przyjrzę       52  
  xxx  Posłańcy wiosny przybyli        53  
  xxx  Słońce krwawo zachodzi    54  
  Spacer    55  
  Wiersz odnaleziony po dziesięciu latach     56  
  Portret    57  
  Rzeka        58  
  Dolina       59  
  Grań       60  
  Po szmaragdowych łąkach        61  
  W raju       62  
  xxx  Z borów, znad zielonych ruczajów      63  
  O wierszach Jacka Lilpopa – Anna Sobolewska      64  
  Spis treści      68  

                                                                                                                                                                                



                                                                                                                                                                                   
                                                                                                                                                                                      
                                                                                                                                                                          
                                                                                                                                                                       
                                                                                              

 
 <<