Jacek Lilpop                                                                                                                       copyright© Jacek Lilpop




                                                 „Po drugiej stronie nieba”


Oczekiwaliśmy uderzenia gorąca, a tu przywitała nas chłodna i pachnąca wilgoć jak po deszczu, przesycająca ubrania, osiadająca na twarzy jak mżawka.
     Pamiętam, szliśmy przez lotnisko niepewni, czy rzeczywiście pachnie kwiatami., Basia rozglądała się nieufnie, badaliśmy jak owady czułkami to wilgotne i pachnące powietrze, wyłaniające się z ciemności góry, świt, tę Tahiti.

                                                                                                                                (fragment książki)


     Odlatywały w przeszłość z szybkością 900 kilometrów na godzinę pióropusze palm, dym palonych kokosów snujący się w dolinach, moskity, susząca się kopra na platformach wszystkich wysp, wysepek, łodzie w lagunach i rozchichotane vahine, i te mówiące o czymś tam, że jest niedobre, pas bon, z takim grymasem, jakby miały opluć wszystko dokoła, parskające ze złością aita ! aita ! nie! nie!, i ci faceci otyli, brzuchaci, z głosami cienkimi jak baby, i kobiety z dziećmi, paczkami, owocami w autobusikach, wracające do domków na obrzeżach wysp, i Polinezyjczycy grający na gitarach, dziewczyny tańczące tamuje, płaskie jak blacha niebo, jego odbicie w lagunach, gdzie trwają wieczne polowania, skradanie się, skubanie korala, gonitwy pasiastego kolorowego tłumu i wciąż przemykają w oddali sznury srebrzystobłękitnych, tłustych jak karpie acanthurusów; wszystko to było już za mną: brzegi koralowe, piaszczyste, strumienie w górach i paprocie, roślinność nie wiosenna, nie letnia ani zimowa, bezkora, parna., ten raj pierwszych podróżników, którego nie znalazłem, bo ob. jest w nas albo go nie ma wcale, ta dawna Polinezja, która zaginęła, a jednak wciąż jest w gościnności żyjących tam ludzi, w otwartych domach bez drzwi, ta Polinezja dostrzeżona w kobiecie uspokajającej i tulącej jak dziecko wariującego kota w nocy na statku przed wyspą Huahine, gdy już nie można było wytrzymać jego wielogodzinnego płaczu aue, aueee i aueee, aż wstała, zdjęła go delikatnie z dachy i uciszyła; i nocne kasłanie papy Tahuhu na atolu Rangiroa (dowiedziałem się później, że chorował na płuca), pianie kogutów nad ranem w Papeete j kobieta siedząca na ławce w autobusie do Arue, naprzeciwko dwóch rozmawiających coraz głośniej, kiedy nagle usłyszałem głos silnego uderzenia z chrupnięciem i kobieta krzyknęła: O Jezu!, a może coś innego zawołała, ale ja usłyszałem i zapamiętałem tylko to – O Jezu! Zakryła ręką usta i zaczęła płakać, uderzony nie oddał, lecz siedział i płakał, a z nosa lała się krew na podłogę, podczas gdy drugi wciąż krzyczał i machał mu jakimś papierem przed oczami; albo bójka marynarzy nocą, na statku, na wyspie Raiatea, w deszczu, kiedy nie można było znaleźć suchego miejsca pod zadaszeniem na pokładzie; i Polinezyjczycy ładujący worki do ładowni statków, dziewczyny w hotelach, po pracy pielące arbuzy na koralowych pólkach nawadnianych deszczówką z beczek po ropie, i Tahitańczyk na stromym zboczu pod Papeete sadzący sałatę w czarnej grząskiej ziemi, fryzjer golący na środku ulicy w Uturoa na Raiatei, kobiety z tuńczykami wracające z targu i tamten stary Chińczyk na bosaka, w opadających portkach i w wielkim kolonialnym kasku, stojący pod drzewem jak pomnik przeszłości, wszystko to, co widziałem, i to, czego niw widziałem, wszystko zostało już za mną, całą ta podróż na Wyspy Szczęśliwe dobiegała końca i były już tylko godziny lotu w szarym błękicie, lądowanie, miasto, następne godziny lotu, odwracanie kolejności, stada chmur, srebrzyste ławice otulające ziemię, spanie, budzenie się, świt, jak otwierające się czerwone oko, uchylające się drzwi dnia, następne miasto, nocleg na lotnisku, znowu lot, jasnozielona szachownica pól, schodzenie do lądowania. Okęcie. Szara mżawka. Smutny, zmoknięty wopista w pelerynie, zatłoczony dworzec, zmęczony tłum podróżnych i zieleń. Zieleń! Seledynowa, mimo września, zieleń wiosny.
     Znowu po tej stronie nieba. Taksówka. Czerwone autobusy. Szare Stegny. Koniec.

                                                                                                                                    (fragment książki)

 

   

<<