Jacek Lilpop

 

 "KARTY" DNI OTWARTE  /Powściągliwość i Praca 3/2002/

 W grudniu ubiegłego roku  zasłużony w dokumentowaniu działań opozycji i wydający świetne pismo Ośrodek KARTA, zorganizował dni otwarte, podczas których  odbyło się szereg spotkań dawnej opozycji antykomunistycznej, otworzono wystawy dokumentujące stan wojenny, odbyły się spotkania i dyskusje, a jednym z celów DNI OTWARTYCH  "KARTY"  była m.in. inauguracja Klubu Archiwum Opozycji.

 Środa 12 grudnia 2001 : pierwszy  wieczór DNI OTWARTYCH  ośrodka KARTA  poświęcony ”Pomocy Wolnego Świata dla Polski stanu wojennego". Na ścianach  sali kina "Iluzjon" pożółkłe już, historyczne transparenty "Solidarność" , na sali kilka osób, zaproszeni mówcy wspominają miniony czas, mówią o pomocy jaką otrzymywała "Solidarność" stanu wojennego, wymieniają organizacje i nazwiska zasłużonych dla sprawy  działaczy na Zachodzie i w Ameryce , przypominają  kto pomagał, kto się najbardziej zasłużył, bez kogo niektórych spraw i działań nie dałoby się w ogóle przeprowadzić - powielacze, pieniądze, akcje protestacyjne w obronie tych w kraju, pomoc central związków zawodowych - historia i wspomnienia.

 Drugiego dnia DNI OTWARTYCH - 13 grudnia 2001, w rocznicę stanu wojennego mniej wspomnień,  więcej dnia dzisiejszego i wypełniona sala kina "Ilizjon", bo   wieczór zatytułowany jest "PO CO NAM TO BYŁO ?"  No właśnie - po co? Odpowiedzi i wypowiedzi różne, przeważają wobec "Solidarności" krytyczne. Były działacz i poseł Ryszard Bugaj ma wątpliwości czy reformy w Polsce poszły w dobrym kierunku, wielu mówców twierdzi, że "S" przegrała, ktoś wstaje i mówi, że "S" powinna przeprosić za to co się w Polsce stało podczas minionych dwunastu lat. Rozżalona, należy domyślać się -  była opozycjonistka załamującym się w głosem wyrzeka na nędzę w jakiej się znalazła ona i jej najbliżsi, i  że znikąd pomocy i ludzie nie mają jak i z czego żyć, i żadnej solidarności, ktoś  inny widzi  zaprzepaszczone szanse zbudowania społeczeństwa obywatelskiego.

 Pisarz Marek Nowakowski porównuje obrzmiałe twarze aparatczyków ery Gierka z twarzami dzisiejszych dygnitarzy - inny czas, ale twarze jakby takie same - znowu opuchnięta gęba władzy jak za komuny.  Zniesmaczona krytycznymi wypowiedziami opozycjonistka, działaczka i przedstawicielka obecnej administracji Stolicy, pani Ludwika Wujec gani  przedmówców za pogrzebowy nastrój na sali: och, przecież nie jest tak źle...   tylko chwilowo znaleźliśmy się w dołku... nie można zapominać o sukcesach...

 Dotknięty do żywego wypowiedzią o powinności przeprosin za to, co się stało w Polsce po 89-tym roku, były poseł Władysław Frasyniuk jest oburzony. On  nie ma zamiaru nikogo za nic przepraszać, bo on walczył i się narażał, głos z sali mu wtóruje.. to bohater!!, bohater!!!, posła Borusewicza też znużyły te niekończące się pretensje i konieczność tłumaczenia się ze wszystkiego, nie będzie się już z niczego tłumaczył.

 Byli opozycjoniści i działacze "Solidarności" zachowują się tak jakby na korytarzach sejmowych i w gabinetach rządowych zapomnieli  o tym,  jaki ma sens słowo solidarność -  ta najprostsza, elementarna. Aż prosi się, aby wzięli do ręki  encyklopedię,  słownik i przypomnieli sobie co ono znaczy; ktoś gratuluje pani Wujec dobrego samopoczucia, bo on takiego nie ma.  Słuchacz też zaczyna zastanawiać się po co nam to było. Czy po to by "towarzysz szmaciak" została milionerem, bo przecież to właśnie on jest beneficjantem dnia dzisiejszego, a  robotnicy byli bezrobotni? To tak miało być? 

 Jarosław Guzy w obszernym wystąpieniu mówi  o panoszącym się kłamstwie dnia dzisiejszego  ( z którym przecież kiedyś Solidarność walczyła  ) i o tym, że  "Solidarność" po 89-tym roku nie ma wiele wspólnego z tą pierwszą,  z roku 1980 - tego, mówi, że zło panoszy się jak kiedyś, ktoś inny dopowiada o  zmarnowanych szansach.

"Solidarność"...   Słuchacza zastanawia, co się z nią stało w minionych dwunastu latach. Kto tu z kim podczas lat przemian był solidarny, bo że pan Frasyniuk był solidarny z panią Wujec, a pani Wujec z panem Michnikiem, a pan Michnik z panem Geremkiem, to wiadomo, ale kto był i jest solidarny z emerytem, z osiemdziesięcioletnią staruszką, której nie stać na wykupienie lekarstw przecież jej właśnie potrzebnych, a nie młodym, zdrowym i bogatym?  Reformy, owszem, były i są, ale solidarność? Tej jakby niewiele, albo wcale.

 Słuchacz myśli o tym, kto zyskał, a kto stracił? Jaki jest rachunek strat i zysków?  Komu reformując kraj szansę dano, a komu najzwyczajniej w świecie powiewając sztandarami "Solidarności" taką szansę odebrano i co najważniejsze - ilu i jaki jest procent tych, którzy na zmianach zyskali, a ilu tych, którzy stracili, ( bo przecież zawsze jest ktoś kto traci, to nieuniknione ),  których wpędzono w nędzę - strukturalną, bez wyjścia,  bez nadziei, tych których zdegradowano,  wołając etos!  wolność ! jesteście wolni !  patrzcie na pełne półki sklepowe ( choć one są nie dla was )  i pełne wystawy, których nie było za komuny, cieszcie się!

 I słuchacz myśli sobie, że może owe "trudne, ale niezbędne reformy" o  jakich mówił niegdyś pierwszy solidarnościowy premier - jeszcze tylko miesiąc, dwa, wytrzymajmy! -  z ową solidarnością nie wiele w istocie miały wspólnego, kto wie czy  może nawet  nie były owej deklarowanej z trybun i na sztandarach wymalowanej propagandowo "Solidarności" zaprzeczeniem, bo jak to możliwe, aby pod powiewającymi nad kolejnymi rządami sztandarami "Solidarności" 1/3 narodu, jak wieść głosi, nagle straciła możliwość kształcenie swoich dzieci,  i jak można było w reformatorskiej krzątaninie dwunastu lat zapomnieć o tych , którzy w obronie tej "Solidarności" życie oddali, o górnikach z kopalni "Wujek" na przykład,  jak to możliwe, aby przez 12 lat nie można było znaleźć i ukarać  winnych ich śmierci? Kto z nimi, z górnikami i z ich rodzinami był solidarny?

 W następne dni odbędą się jeszcze inne spotkania i pokazy filmów o podziemiu, i o walce z komuną i o "Solidarności", 14 grudnia wyjedzie konwój z byłymi internowanymi do Białołęki, ale słuchacz po wysłuchaniu tego co mają do powiedzenia "ci co z Lechem do fotografii stawali", pamiętając dobrze o  ideach czasu KOR-u  i  nadziejach  lat osiemdziesiątych, pamiętając o wartościach, o które opozycja kiedyś walczyła i które głosiła,  i porównując je z dniem dzisiejszym, w którym jedną jedyną tak naprawdę liczącą się i mającą realne znaczenie wartością stał się pieniądz, czyli szmal, kasa, forsa, albo money,  Geld, bo wszystkie inne wartości gdzieś wyfrunęły, wyparowały  i w niebyt odleciały, albo są tak głęboko ukryte i pochowane jakby ich wcale nie było,  jakoś na dalszy ciąg spotkań z dawną opozycją nie ma już ochoty i do kina  "Iluzjon" nie wróci.

 

                                                                                                

 KSENOFOBIA     /Powściągliwość i Praca 4/2003/

 

Ktoś, kto przeżył lata w komunie i miał nadzieję, że zniknie bajdurzenie i rzeczywistość publicystyczna będzie odpowiadała tej za oknem,  mylił się. Zmyślenia - tym razem demokratyczne, nie totalitarne - mają się dobrze.

KSENOFOBIA – czyli niechęć, wrogość w stosunku do cudzoziemców i cudzoziemszczyzny” – ( jak definiuje ją słownik wyrazów obcych ), to jedno z najczęściej przywoływanych dzisiaj słów zaklęć, mających odpędzić złe moce, zapobiec złym, ksenofobicznym czynom, temat dyżurny wywoływany przy każdej okazji i bez okazji przez publicystykę czołowych  pism, słowo używane niemal tak często jak na początku lat transformacji słyszało się  pierestrojka albo  słynny consensus.

Sądząc z częstotliwości używania słowa ksenofobia  przez taką na przykład  „Gazetę Wyborczą”, ale i inne media, można by dojść do wniosku, że mieszkańcy kraju przez  nie opisywanego  odnoszą się do cudzoziemców niechętnie, wrogo i bez sympatii. Nie śmiąc oczywiście wątpić w prawdziwość doniesień o szerzącej się i zagrażającej nam ksenofobii,   postanowiłem jednak sprawdzić, w jakim stopniu kreowany przez media obraz odpowiada rzeczywistości,  gdzie też owa niechęć do obcych, o której piszą w alarmującym i ostrzegawczym tonie publicyści czołowych gazet w Polsce, występuje, w czym i jak się przejawia.

Przeczytałem artykuł w „Gazecie Wyborczej”  i wyszedłem na miasto. Po jego lekturze byłem  przekonany, że za chwilę zobaczę rzeczy jeżeli nie straszne to z pewnością bulwersujące: ową rysującą się na złych, wrogich obcokrajowcom twarzach odrazę i dostrzegalną w czynach  do nich  niechęć– jednakowoż przed domem niczego nie zauważyłem. Ukraińcy i Rosjanie, Wietnamczycy, Ormianie  handlowali jak co dzień, jak od lat,  jakby nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa. Ich klienci, mieszkańcy sąsiednich domów i przypadkowi przechodnie przyglądali się oferowanym towarom, pytali o ceny . Jeśli objawy niechęci były zauważalne, to ze strony stróżów porządku - Straż Miejska zbierała mandaty od handlarzy nie mających stosownych zezwoleń.

Czyżby redaktorzy mieli przywidzenia?  A może to ja nie potrafiłem dostrzec rzeczywistości takiej jaka jest naprawdę, omamiony pozorami,  może sąsiedzi moi, wiedząc,  że ksenofobia jest naganna, podstępnie ją  skrywali? Ale dalej też było podobnie: w wietnamskim barku przy bazarze robotnik z pobliskiej budowy zamawiał kurczaka z bambusem, pani z poczty czekała na „sajgonki”,   Wietnamczyk był uśmiechnięty, klienci wyglądali na  zadowolonych, jakiejś szczególnej antypatii do żółtoskórego obcokrajowca za ladą na ich twarzach nie odnotowałem.

 Nieopodal w nowopowstałym tureckim barku atmosfera również nie  była niemiła. Właściciel – ryzykant - widać nikt go nie ostrzegł czym grozi w kraju ogarniętym zarazą ksenofobii zakładanie interesu, nie czytał też pewnie polskiej prasy, a na pewno Gazety Wyborczej od lat donoszącej o  wrogości miejscowej ludności do obcokrajowców, nieświadom zagrożenia przyrządzał kebaby.  W innych miejscach było podobnie. Jadąc przez miasto dostrzegłem kilka innych, niedawno założonych tureckich barków. Aż trudno uwierzyć, tylu ryzykantów?   A może na stadionie dziesięciolecia, pomyślałem,  może tam, w tłumie skryła się piętnowana ksenofobia?  Tłumy, owszem, były:   i kupujących,  i sprzedających, ale spokojne -  żadnych, awantur, agresji, potyczek słownych,  urągań, wygrażań pięściami, wyzwisk, nieprzyjaznych gestów, więc może się skryła gdzie indziej?  Kontynuowałem dziennikarskie śledztwo. Jakieś wybite szyby, zdemolowane stoiska? Też nie. W całym mieście cisza i spokój, klienci kupują, wybierają towary, bywa targują się o ceny, ale przecież nie agresywnie, w barach i restauracyjkach   zajadają  chao mian  i  kebaby, szisze,  bakłażany, kurczaki w słodko- kwaśnym sosie.

 Dziesiątki wietnamskich sklepików, knajpek, tureckie bary, grecka, egipska, arabska, syryjska kuchnia, tysiące obcokrajowców od lat na ulicach polskich miast – Rosjanie, Ukraińcy, Kazachowie, Wietnamczycy, Rumuni, Bułgarzy, twarze żółte, czarne , skośnoocy, tłumy obcokrajowców od trzynastu lat na ulicach, placach, na targowiskach, od lat też ukraińscy robotnicy obok polskich zgodnie pracują na budowach, a w gazetach czytam, że ksenofobia.   Przemierzając tak  miasto ze wschodu na zachód,  z północy na południe, zaglądając tu i tam,  tropiąc i wypatrując, przysłuchując się toczonym rozmowom,  a nawet, wstyd przyznać, podsłuchując ( ale czego się nie robi dla dobra dziennikarskiego śledztwa!), przypatrując się mimowolnym gestom i analizując je,  przyznaję, nie zdołałem zauważyć ani  niechęci, ani wrogości w stosunku do cudzoziemców, nie mówiąc już o jakichś  śladach napięć czy zamieszek na tle etnicznym. Szczególnej może sympatii do cudzoziemszczyzny też nie dostrzegłem, najczęściej obojętność,  kilka razy dało się odczuć w rozmowach, niczym nie uzasadnione poczucie wyższości jakiegoś wygolonego osiłka wobec drobnego Azjaty,  ale  wrogość to nie była.

 W porównaniu z tym co się słyszy o świecie, tym co się dzieje na Bałkanach, na  Bliskim Wschodzie, w miastach na południu Francji, w Irlandii, na Korsyce, w Los Angeles, w krajach Azji i Afryki moje miasto wydało się oazą spokoju i normalnych międzyludzkich stosunków.   No  więc jak jest z tą nagłaśnianą od lat ksenofobią? Jest, czy jej nie ma?  Ja jej nie znalazłem. Może za chwilę gdzieś się pojawi, ale póki co,  szczęśliwie ani śladu niechęci i wrogości do cudzoziemców. Więc dlaczego, w imię jakiego dobra obraz tak dalece od rzeczywistości odbiegający i nie przystający do polskich realiów dnia dzisiejszego, tak nieprawdziwy,  jest w niektórych mediach z podziwu godną konsekwencją kształtowany i w świat eksportowany ? Czemu media te, walcząc z wyimaginowaną polską ksenofobią, kreują mój, mieszkańca tej krainy,  nieprzychylny wizerunek?  Nie budują przecież pozytywnego, ciepłego obrazu Polski,  wręcz przeciwnie, tworzą jakiś dziwaczny, niewiele z rzeczywistością mający wspólnego,  w istocie nieprzyjazny Polakom i Polsce, mit.

 Jakiś czas temu żeglując po wodach Norwegii, a  potem  Danii,  widziałem nad brzegami zatok i fiordów  domy i letniskowe domki   Norwegów i Duńczyków przystrojone flagami narodowymi, udekorowane tak nie z okazji narodowego święta, ale zwyczajnie, na co dzień. Właściciele domów wyraźnie byli dumni z tego, że są Norwegami, Duńczykami i że mieszkają w krajach, które nazywają się Norwegia i Dania,  nie obawiając się posądzenia przez jakąś miejscową wyborczą gazetę o nacjonalizm ani o ksenofobię.  Widząc wszędzie te flagi,  pozazdrościłem Norwegom i Duńczykom ich codziennej, zwykłej dumy, nie nacjonalistycznej, ani niechętnej obcym, lecz wyrażającą naturalną i zwyczajną przynależność do wspólnoty, i więź tę, to poczucie swojej tożsamości w ten właśnie sposób,  symbolicznie, flagami narodowymi zatkniętymi na dachach letniskowych domków  wyrażających.

                                                                                                                                                                     Jacek Lilpop

 

Obalanie stereotypów /Powściągliwość i Praca 1/2003/

 Na wystawie w warszawskiej Królikarni można było jakiś czas temu zobaczyć figurkę Matki Boskiej w akwarium, innym razem w Centrum Rzeźby w Orońsku awangardzista umieścił w tabernakulum swój fizjologiczny ślad.  Galeria Zachęta w październiku 2002 na wystawie zatytułowanej  "Co widzi trupa wyszklona źrenica" prezentowała film video, który był emisją następujących szybko po sobie zdjęć nagrobnego Chrystusa wywołujących wrażenie ruchu. Filmowy obraz wbrew temu co mówił komentarz do projekcji  nie był "ożywieniem przedmiotu", ani nie "łączył swoistej symulacji śmierci i złudzenia cudownego ożywienia", ale wywoływał w widzu  wrażenie jakiegoś groteskowego, konwulsyjnego tańca figury Chrystusa na krzyżu. Co wyrażał ten taniec i jak się miał do  ciekawego tematu wystawy, nie mam bladego pojęcia.

Od jakiegoś czasu daje się zauważyć zainteresowanie plastyki symboliką religijną i przedmiotami kultu, zainteresowanie szczególnej natury: nie dotyczy ono wszak wszystkich religii, ani nawet tylko religii monoteistycznych - islamu, buddyzmu czy judaizmu, lecz jest zauważalnie wybiórcze - najczęściej a może nawet wyłącznie odważni artyści,  przełamując stereotypy i obalając kolejne tabu skupiają się na plastycznym  znakach jednej religii - na chrześcijaństwie.

W czasach kiedy pochylamy się nad ludźmi niepełnosprawnymi, gdy przedmiotem specjalnej troski i ochroną objęte są wszelkie mniejszości - od etnicznych po seksualne, kiedy nie do pomyślenia jest negatywne do nich nastawienie, nie mówiąc już o drwinie, w odniesieniu do sfery religijnej, ściślej - jednej religii,  katolickiej, tolerowana jest postawa odmienna . Tu te reguły nie obowiązują, wręcz przeciwnie, akceptowana jest zabawa symbolami, profanacja, pobłażliwość dla działań bluźnierczych.

Skąd taka niekonsekwencja - niezgoda na obrazę jednych z jednoczesną akceptacją i zgodą na profanację tradycji chrześcijańskiej i ranienie uczuć ludzi wierzących ? Skąd bierze się owa tolerancyjna wybiórczość lub wybiórcza nietolerancja?

Krzysztof Kłopotowski na łamach  "Rzeczypospolitej"(RP 9-11listopada), w artykule o piśmie "New York Times" pisał ostatnio o walce tej gazety z religią i jej poparciem dla działań bluźnierczych.

Nie wiem czy zachęta do takich działań promieniuje właśnie z pisma "The New York Times" i z Nowego Jorku, lecz widzę ponawiane wciąż próby "obalania stereotypów", a w razie protestu osób, które poczuły się obrażone i dotknięte pomysłami artystów,  solidarną obronę tych działań przez Obrońców Wolności  w imię wolności wypowiedzi, walki z cenzurą i wolności artystycznej w ogóle.

Czy w społeczeństwach uważających się za kulturalne, obszary uważane przez jednych za święte, a dla innych zaś obojętne, powinny podlegać zwyczajowej ochronie? Zawsze wydawało mi się, że tak, że właśnie na tym między innymi polega kultura - na szanowaniu uczuć i wrażliwości bliźnich, na tym, że pewnych granic nie powinno się przekraczać,  że należy szanować inne zwyczaje i obyczaje, inne wiary.

Powstaje zatem pytanie czy wobec odchodzenia od tej zasady i  tak agresywnie wyrażanej obojętności wobec uczuć religijnych współobywateli, należy godzić się z tą formą współczesnego barbarzyństwa - nie reagować na prowokacje, przechodzić obok nich w milczeniu,  ze wzruszeniem ramion, jak chcą jedni, czy wręcz przeciwnie - reagować; czy symbole religijne, znaki święte i ważne dla wierzących, nie powinny być objęte ochroną, tak jak chroni się  symbole państwowe, godła i  flagi narodowe?

W stanie wojennym na jednej z  wystaw w kościele na Żytniej przyjaciel  prezentował prace odnoszące się do symboliki krzyża - przestrzenne kompozycje: plusy i minusy, ale tamte prace Krzysztofa Findzińskiego nie obrażały uczuć osób  wierzących, choć odległe były od  religijnego zaangażowania i wyrastały z agnostycznej wizji świata. Działo się to jednak w innym czasie i innej przestrzeni, jaką wytworzyła niezależna kultura stanu wojennego znajdująca schronienie w murach kościołów. No, ale teraz jest inaczej, dzisiaj mamy liberalną demokrację.

                                                                                                                                          Jacek Lilpop

                                                                                                  

                                                                                                

 UWAGI  NA MARGINESIE  OBCHODÓW 30-LECIA  ZAŁOŻENIA KOR  

                                                                                                                                /Głos/ 14 X 2006/

Miniona właśnie rocznica 30-lecia powołania KOR i towarzyszące jej obchody, skłaniają do kilku uwag . Od  1976 roku i  powstania KOR-u,  od drugiej połowy lat 70-tych, wiele się wydarzyło.

Stało się bardzo dużo: tego dobrego –„solidarnościowe” powstanie,  bezkrwawe odzyskanie suwerenności , ustrój demokratyczny, wolność słowa, wolne wybory,     Polska w strukturach NATO i Unii Europejskiej, pełne wszelkiego dobra półki sklepowe - rzeczy o których nikomu za komuny, w latach 70-tych i  w 80-tych się nie śniło, ale i złego – niekorzystna ekonomicznie dla większości społeczeństwa transformacja ustrojowa, upadek i likwidacja całych obszarów gospodarki, nie tylko tych źle funkcjonujących,  i co ważne - uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury i jej nieprawdopodobny sukces ekonomiczny.

Co się stało?

Od samego początku lat 90-tych, z niedowierzaniem i ze zdumieniem  obserwowałem tragiczne społecznie  skutki decyzji politycznych i ekonomicznych naszych solidarnościowych wodzów o korowskim  najczęściej rodowodzie - działaczy i polityków  Roadu, potem Unii Wolności.  To o to chodziło w latach 70-tych i w latach późniejszych, żeby uwłaszczyć komunę i żeby mówiło się o„ludziach honoru”?

To po to był cały ten bój, to drukowanie, wożenie bibuły, strajki, zabici, cały ten krzyk? Wtedy to było jasne i  proste – robi się to po to, żeby padła komuna. Ale ona nie padła, ona się przekształciła, przegrupowała i uwłaszczyła i ma się dobrze, wręcz znakomicie.

Ubecy się śmieją i ręce zacierają, wzywani jako eksperci. Padli robotnicy, chłopi,  padli emeryci, inteligenci,  padli szeregowi działacze opozycji demokratycznej i solidarnościowej.

I jak się to ma do idei Obrony Robotników, Obrony Praw Człowieka i „Solidarności”, pod których sztandarami dokonywano  przekształceń ustrojowych? Czy to, co się w Polsce stało po 89 roku nie było często tych   idei zaprzeczeniem ?

Owo zadziwiające zjawisko podmiany wartości, z  idei obrony praw człowieka lat 70-tych i solidarnościowego  ruchu lat 80-tych na neoliberalną praktykę lat 90-tych, gdzie jedyną realną i mającą znaczenie wartością stał się pieniądz, ta utrata wspólnotowego sensu i atomizacja społeczeństwa po 89-tym, chyba nie zostały do tej pory  wystarczająco opisane i zanalizowane.

Nieliczni walczyli

Politycy i byli działacze KOR występujący pod sztandarami „Solidarności” z hasłami etosu solidarnościowego na ustach,  jednocześnie popierający i realizujący skrajnie liberalny model gospodarki, odbierający tysiącom tak zwane „przywileje”, odzierający miliony żywcem ze skóry i nabijający kabzy Towarzyszom Szmaciakom oraz nielicznym uprzywilejowanym,  to zjawisko do dzisiaj dla  mnie zastanawiające.

Czyżby  sytuacja ekonomiczna obywateli nie była przynależna do  Praw Człowieka i Obywatela, a prawa te w taki właśnie sposób przeprowadzaną  transformacją ustrojową nie były naruszane? Czy  byli Obrońcy Praw Człowieka wrażliwi w 76 roku na dolę katowanych robotników nie widzieli co się dzieje, jak dramatyczne są i tragiczne skutki przeprowadzanych reform, reform realizowanych   z ich zgodą i z ich nadania? Nie widzieli ekonomicznej degradacji całych grup społecznych, doprowadzanych do strukturalnej,  pokoleniowej nędzy?     Gdzie byli Obrońcy Robotników po 89 roku, w latach  90-tych? Dlaczego milczeli, dlaczego nie protestowali i nie walczyli ze złem? Nieliczne głosy krytyki „czasu transformacji ustrojowej”  (Bugaja, Kaczyńskiego,  Macierewicza, Olszewskiego, Romaszewskiego,)  były nie tylko słabo słyszalne, ale  i skutecznie   zagłuszane.   

Mój samotny głos

Zgorszony tym, co się dzieje, w czerwcu  1994 roku zrobiłem happening pod „Gazetą Wyborczą” – zatytułowany ” Gdzie , ach gdzie jest Komitet Obrony Robotników...”.  No cóż, K O R w swojej większości był już  u władzy i  przy kasie, a robotnicy...  poszli na bezrobocie.   Malowałem też dedykowany Jackowi Kuroniowi i Bronisławowi Geremkowi obraz   „Fale ozonowe albo odebranie dzieciom wakacji letnich” -  co strasznie oburzyło pana Osękę z „Gazety Wyborczej”, zarzucającego mi niesprawiedliwość  – ale czyż owe wakacje zostały dane, czy raczej w wyniku reform przeprowadzonych pod kierunkiem   wymienionych polityków  dzieciom w Polsce odebrane? Myślę, raczej że to drugie.

 Są dwa KOR-y

 Ten z lat 70-tych -  wspaniały, wolnościowy, walczący z totalitarnym, komunistycznym państwem o wolność słowa,   wolną prasę, walczący z łamaniem   praw człowieka, z Komuną – KOR demokratycznej opozycji przedsierpniowej.

I jest ten drugi – milczących byłych działaczy Komitetu Obrony Robotników po 89 roku, już w wolnej Polsce, ślepych i głuchych na niegodziwości czasu transformacji ustrojowej. Czy takie musiały być koszta zmian? Myślę, że nie musiały. Można było powiedzieć głośno STOP! Ale  ja tego głosu protestu  nie słyszałem. I to milczenie  nie było ani piękne ani wspaniałe i trudno ocenić je inaczej niż jako dosyć niegodziwe –  jeśli przyjęło się kiedyś rolę i imię Obrońców Robotników,  Obrońców Praw Człowieka, powinno to do czegoś zobowiązywać, szczególnie jeśli z tej przyjętej i godnie wypełnianej  kiedyś roli  wynikły w nowej, ustrojowej i politycznej sytuacji wymierne, materialne korzyści.

Ciekaw byłem,  czy  podczas odbywających się właśnie obchodów 30-lecia KOR-u  ktoś z elit – tak  jak nie tak dawno Jacek Kuroń,  który przed śmiercią przeprosił za zdradę elit solidarnościowych i ideałów „Solidarności”  -  wypowie choć jedno słówko przepraszam, czy pojawi się w  wystąpieniach chociaż cień krytycznej refleksji i czy w ogóle ten ważny  problem realizacji idei  czasu KOR-u i „Solidarności”  ( obrona skrzywdzonych, obrona robotników, samoobrona i  solidarność) zostanie  poruszony.

W rozmowach kuluarowych takie głosy i  krytyczne uwagi, owszem, pojawiały się,  natomiast podczas trzech dni obrad i paneli, na których panował zrozumiały nastrój kombatanctwa i poczucia dobrze spełnionej roboty (bo to była dobrze wykonana robota), gdzie  doszło także z inicjatywy IPN do potrzebnej   debaty o pamięci historycznej tamtych wydarzeń  – tego  zamysłu nad  działaniami ludzi o  korowskich rodowodach po 89-tym roku i skutkami tych działań, również w  odniesieniu do dnia dzisiejszego -  niestety, ze szkodą dla analizy historycznej  -zabrakło.

                                                                                                                                              Jacek Lilpop

 

                  

Czym nas bawi Centrum  Sztuki Współczesnej     /Gazeta Polska/17/2007/

 

Centrum Sztuki Współczesnej na Zamku Ujazdowskim   w Warszawie zaprezentowało jakiś czas temu (16 kwietnia-  27 maja b.r.) wystawę  artysty, który upublicznił swoje duchowe rozterki – osobowości rozdartej między wyniesionym z tradycji rodzinnej katolicyzmem, a ostrym hardhomoseksualizmem i homoseksualną przemocą.

Na wystawie zatytułowanej „Zawsze chciałem”( być księdzem?, pederastą?) zmontowano różne projekty. Na ścianie  jednej z sal zawieszono liczne  mniejsze i większe wersje znanego wizerunku Chrystusa – „Jezu ufam Tobie” (w tym kopię jednej z  okładek pisma „Fronda”). W sąsiedniej sali CSW film video prezentował babcię śpiewająca przed domowym ołtarzykiem (obraz matki Boskiej, palmy, świece),  religijną  pieśń „Chwalcie łąki umajone”.

Podobne domowe kapliczki można zobaczyć w domach na całym świecie – od katolickiego Meksyku, po mieszkania wyznawców hinduizmu w Indiach..  Rumuński filozof i religioznawca Mircea  Eliade twierdzi, że wszystkie cywilizacje od zarania były religijne. To dopiero naszych czasach, cywilizacji technicznej pojawia się  fenomen areligijności, to my jesteśmy wyjątkiem.

Wszelki objawy kultu religijnego: wizerunki, obrzędy, pieśni przy odpowiednim nastawieniu  mogą wydać się kiczowate, szmirowate, nieprawdziwe i śmieszne. Czyż nie śmieszny jest muzułmanin bijący czołem w ziemię,  kiwający się Żyd, babcia śpiewająca przed domowym ołtarzykiem? Nagromadzenie odpustowych wizerunków Chrystusa jak znaczków pocztowych w klaserze  też wywołuje efekt  śmieszności. Bardzo łatwo jest udowadniać, że katolicyzm jest odpustowy, płytki i pełen hipokryzji. Czy wystawa w CSW odsłania jakąś prawdę o banalności dzisiejszych form wiary? Chyba nie - więcej mówi o twórcy ekspozycji i tych, którzy jego obecność w CSW zaakceptowali.

Nie przyświeca jej raczej  analiza fenomenu religijności, okrywania sacrum, chęć wsłuchania się w przesłanie katolicyzmu, zrozumienia religijności babci śpiewającej nabożną  pieśń „Chwalcie łąki umajone”, czy  przybliżenia piękna  majowych nabożeństw maryjnych.

Tu  religijne  obrazy i pieśni, zdjęcia uroczystości pierwszej komunii, tradycyjny, rodzinny katolicyzm  zderzony zostaje z homoseksualizmem w wydaniu hard. To zderzenie obscenicznych rysunków ze świętymi obrazami, dla wierzących, miało charakter niewątpliwej  prowokacji.

Widz odwiedzający CSW  - a są wśród zwiedzających wycieczki szkolne,  nawet te z najniższych klas szkoły podstawowej, nęcone aurą miejsca prezentacji sztuki wysokiej – z sali w której brzmiały słowa religijnej pieśni, wchodził do zaśmieconego korytarza, gdzie widział porozwieszane na ścianach zdjęcia i rysunki homoseksualistów i homoseksualnych pieszczot   –  penisy, skrępowane, obnażone  ciała ,  sceny homoseksualnej  przemocy, pederastów w czerwonych kominiarkach.

 W katalogu wystawy wydanym przez CSW ( współpraca medialna „Gazety Wyborczej”) jest zdjęcie z napisem  „Bóg nienawidzi pedałów”. Dyskusja z etycznym przykazaniem Biblii ? A może to właśnie homoseksualiści nienawidzą Pana Boga   i stąd wystawa?

Dziwną „prywatność”, mającą raczej  cechy prowokacji niż tolerancji  prezentuje państwowe Centrum Sztuki Współczesnej   kierowana przez Wojciecha Krukowskiego.  Wpisuje się tą wystawą w nurt plastyki uprawiającej zabawę symboliką religijną, obalającej religijne tabu,  kontestującej wartości tradycyjne – chrześcijaństwo,  katolicyzm w szczególności. Przy okazji należy zauważyć, że takiego „twórczego” podejścia do symboli i tradycji innych wyznań np. judaizmu czy wiary muzułmanów  nasi odważni artyści, nasze „odważne”   galerie  nie ośmielają się zaproponować.

W galerii Zachęta w 2002 r. można było na jednej z wystaw zobaczyć film video -  emisję następujących szybko po sobie zdjęć nagrobnego Chrystusa wywołujących wrażenie ruchu. Filmowy obraz, wbrew temu, co mówił komentarz do projekcji,  nie był "ożywieniem przedmiotu", ani nie "łączył swoistej symulacji śmierci i złudzenia cudownego ożywienia", ale wywoływał w widzu  wrażenie jakiegoś groteskowego, konwulsyjnego tańca figury Chrystusa na krzyżu. Co wyrażał ten taniec i jak się miał do  ciekawego tematu wystawy "Co widzi trupa wyszklona źrenica", trudno było dociec.

Rok wcześniej, również  w Zachęcie, kierowanej jeszcze przez Andę Rottenberg, na wystawie upamiętniającej 100 lecie powstania  galerii - kilkaset metrów od miejsca, gdzie Jan Paweł II celebrował mszę, po której „zmieniło się oblicze ziemi, tej ziemi” - po roku wybuchła solidarnościowa wolność,  zachwiał się blok wschodni i komunizm - zaprezentowano rzeźbę, przedstawiającą papieża. Ale papieża nie zwycięskiego, głoszącego światu przesłanie Chrystusa i wolności, ale pokonanego i zdegradowanego – papieską figurę przygniecioną (w  akcie plastycznej agresji ) kosmicznym głazem, będącą  w istocie  antytezą tego, co wydarzyło się wówczas  na placu, do którego Zachęta niemal przylega.

Przykłady można mnożyć.  Na wystawie „Pies” w sztuce polskiej w galerii Arsenał w Białymstoku (2003 r.) w instalacji z psią budą, w części, gdzie spodziewać się należy psiego ogona, widać było  przesuwające się postaci katolickich księży. W warszawskiej Królikarni można było jakiś czas temu zobaczyć figurkę Matki Boskiej w akwarium.  Innym razem, w Centrum Rzeźby w Orońsku awangardzista umieścił w tabernakulum swój fizjologiczny ślad.  Głośna jest sprawa wpisania męskich genitaliów w symbol krzyża.

 Ostatnia prezentacja  Centrum Sztuki Współczesnej nie odbiega  od podanych przykładów.  Widz może być zdezorientowany -  czy Centrum bierze udział w promowaniu homoseksualnej przemocy, czy przed nią ostrzega? A to, że widzem wystawy prezentującej homoseksualne obscena bywa i ten najmłodszy, zabawne już nie jest.

                                                                                                                                         Jacek Lilpop

 

O Marcu 68 i nie tylko.                                                     

 Odrębny świat ulicy Parkowej.  /Gazeta Polska/  11/  2009/

 

„Prawdziwa  frajda zaczynała się przy wycieczkach rosochatych starców z Polonii amerykańskiej, licznie wtedy odwiedzających Ojczyznę i szarpanych za słowiańskie dusze widokiem pomnika francuskiego kompozytora, usadowionego pod stylizowaną wierzbą, położonego parę minut od pałacu Łazienkowskiego.”

To Henryk Dasko o Chopinie,  w wydanej  pośmiertnie w 2006 r. wspomnieniowej książce marcowego emigranta – „Dworzec Gdański  Historia niedokończona”.

 Wspomnienia „marcowego” emigranta

Ciekawa to książka, nie tylko z uwagi na postrzeganie Fryderyka Chopina, ale i percepcję   Marca 68, którego kolejną rocznicę właśnie obchodzimy, także przez unikalne opisanie  środowiska,  z którego autor się wywodzi. 

Ojciec pochodzący z zasymilowanej rodziny żydowskiej z kieleckiego, komunista, członek KPP, aresztowany w 1936 r. „ za przynależność do nielegalnej organizacji”. W czasie wojny działacz Związku Patriotów Polskich. Wejście sowietów 17 września do Polski widział raczej jako wyzwolenie, a nie inwazję. „Tym różnił się od etnicznego Polaka, dla którego nie istniała różnica między obiema inwazjami” – pisze o ojcu autor. 

Po powrocie do Polski w 1945 roku zmienia nazwisko na Daszkiewicz.  Wpierw jest szefem kancelarii prezydenta, potem  naczelnikiem wydziału odznaczeń, pracuje w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej i oddelegowany jest do Międzynarodowej Organizacji Pracy przy ONZ . Uwielbia polską poezję, romantyków, Żeromskiego.

 „Pojęcie narodowej czy etnicznej tradycji na dobrą sprawę nie istniało w jego życiu – zastąpiła to tradycja klasowa, internacjonalistyczna. (...) Jak   wielu jemu podobnych egzystował w kompletnej izolacji od codziennego życia –  wyznaje Dasko -  pewnie nie miał nawet pojęcia, ile kosztował bochenek chleba czy litr mleka”.

Matka ocalona z getta warszawskiego, tłumaczka i poliglotka ( przed wojnę studiowała  we Francji języki ),   pracuje w redakcji tygodnika „Nowe Czasy”, wydawanego w Moskwie „politycznego gniota” jak pisze autor,  przekładanego na wiele języków.  

Opisując perypetie wojenne rodziców Dasko  stwierdza, że „żadnemu Żydowi nie udało się przeżyć okupacji bez pomocy Polaków”.

 Zastrzelę twojego misia

          Mieszkają  na ulicy Parkowej, tuż przy  Łazienkach.  To miejsce  niezwykłe. Z pięciu w kolonii modernistycznych bloków z lat trzydziestych, cztery zajmuje korpus oficerski,  wśród nich sowieccy doradcy. Wielu mieszkańców tego osiedla nosi broń. Bywa, że dzieci na podwórku bawią się w wojnę  bronią wykradzioną  tatusiom, wymachują nią nawet w klasie. Jedno z bardziej traumatycznych wspomnień dzieciństwa Henryka Dasko jest związane z  kolegą ojca,  Nechamkisem. Z kieszeni płaszcza wydobył on kiedyś  pistolet i celując w kierunku pluszowego niedźwiadka w ręku małego Dasko, powiedział: „Taki duży chłopiec. Za duży na misia. Zastrzelę twojego misia”.   I  klasnął językiem, imitując  strzał. 

Nad nimi mieszka rodzina generała  Romkowskiwgo,  wiceministra Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego; autor się podkochiwał  w  jego  prześlicznej córce. „Romkowski nazywał się naprawdę Grünszpan” – informuje Dasko.

 Sąsiadami są generał Komar i  szef Zarządu Sądownictwa Wojskowego, prokurator płk. Oskar Karliner, którego szofer, „jeden z wielu regularnie czekających w służbowych pobiedach naprzeciw muru Łazienek”, demonstrując dzieciom jak można spowodować eksplozję naboju - rozgniata obcasem spłonkę i rani w nogę dziesięcioletnią   córkę wiceministra przemysłu chemicznego. Rozwścieczony ojciec dziewczynki, zorientowawszy się kto jest szefem  ordynansa, od razu się uspokaja. 

W domu  posługuje służąca. „ Posiadanie służącej najwyraźniej nie było sprzeczne z komunistyczną ideologią, bo niemal wszyscy znajomi je mieli, choć mnie wydawało się to hipokryzją ” -  komentuje autor. 

Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy  nie obchodzi się, choć u większości w domach są choinki, których nie nazywa się drzewkiem chanukowym, pisze autor.  Kiedy w Wigilię i święta polscy przyjaciela szli na uroczyste posiłki, wspomina Dasko, my, w pustej Warszawie, z pozamykanymi sklepami, klubami i kinami, nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić.

To  że autor w dzieciństwie  nie dostrzegał  wyobcowania mieszkańców tej enklawy i przewodzącej Polakom z obcego nadania, obcej im kulturowo grupki, pełniącej   rolę  okupantów, nie dziwi, ale że jako człowiek  dorosły, pisząc książkę, nie zauważa owej sytuacji,  chociaż ją czytelnikom plastycznie unaocznia  -  zaskakuje. Dziwne jest przecież właśnie to, że mieszkańcy osiedla przy ul.  Parkowej i jeszcze kilku podobnych ulic w Warszawie   nie są postrzegani jako obcy,  i to że tak łatwo polskie otoczenie (którego reprezentanci i żołnierze w tamtym  czasie są na emigracji  albo   siedzą w więzieniach)  ich akceptuje.

Dramatu całego podbitego i wciąż pacyfikowanego kraju, dramatu  pokolenia AK - owców, Dasko nie dostrzega. On wychowuje się w innym świecie: barwnych ilustracji z sowieckich albumów, opowieści o lodołamaczu „Czeluskin”, rozmów o Brygadach w Hiszpanii, jakby mieszkańcy Parkowej żyli na księżycu..  Dramatem i krzywdą jest uwięzienie, kogoś z bliskiego otoczenia,  na przykład  ojca serdecznego kolegi Michała, z powodu wewnątrzpartyjnych, komunistycznych  czystek, i to, że szesnastoletnia córka musi się w szkole wyrzec swego ojca, a rodzina aresztowanego  generała zostaje wysiedlona z osiedla na Parkowej do jednego pokoju na Pradze.

 Dramatem jest  oczywiście  Marzec 68.

 

Henryk Dasko zostaje dyscyplinarnie relegowany ze studiów z powołaniem do wojska za udział w wiecu i pisanie rezolucji, jego ojca wylewają    z pracy i z partii za niedopilnowanie syna,  matka na znak protestu przestaje płacić składki partyjne w „Nowych Czasach”. Rodzice w Polsce zostają, ale Henryk Dasko rok później wyjeżdża. 

Studenckim  protestom przeciw polityce komunistycznych władz autor poświęca jeden akapit. Polski protestującej przeciw odgórnie rozpętanej kampanii antysemickiej, Polski  oburzonej rasistowską polityką PZPR, tych tysięcy studentów zrewoltowanych uczelni w całej Polsce - nie ma w obrazie Marca, kreślonym nie tylko przez Henryka Daskę, ale i w  publicystyce minionego dwudziestolecia. 

Dla mnie pamięć Marca 68  to  tłumy młodzieży oburzonej  tym, co wyrabiali komuniści, doprowadzając do wyjazdu Żydów z Polski, to podarte gazety i hasła „ Prasa kłamie!!”,  to  studenci, pałowani przez MO,  wyrzucani z uczelni , powoływani do wojska. To także  reżimowe  masówki, grupy spędzonych, obojętnych robotników, ormowców   „popierających” walkę z „syjonizmem”.

To są przecież dwa zupełnie różne obrazy Polski  i Polaków, ale tylko ten drugi, ten antysemicki i złowrogi obraz Polski jest w dzisiejszej wizji Marca podnoszony, przypominany. 

Polska młoda - potępiająca antysemityzm, strajkująca na znak protestu, nie pasująca przecież do generalizującego, czarnego  obrazu Polaków – antysemitów -  z historii Marca 68  wyparowała.  Pozostał tylko obraz Polski antysemickiej, „aktywu robotniczego” pod tablicami „Syjoniści do Syjamu”. Np. w jednym z  artykułów  publikowanych ostatnio w   Gazecie Wyborczej  Dominika Wielwieyska napisała, że "Marzec '68 nie był jedynie tworem komunistów". Jeśli Marzec 68 nie był jedynie tworem komunistów, to czyim jeszcze? Pewnie to była nasza sprawka – nas, tysięcy młodych Polaków, którzy protestowali w obronie Adama Michnika i jego kolegów. Tamte protesty i strajki byłyby więc przejawem dzikiego, krwiożerczego i odwiecznego antysemityzmu tubylców znad Wisły.

                                                                                                                                      Jacek Lilpop

 

 

  Krajobraz po postmodernizmie /OROŃSKO Kwartalnik rzeźby 1(78) 2010/

 

        Czy sztuka może być Wszystkim, czy sztuka współczesna jest otwarta na Wszystko? Czy wszystko może też być i jest sztuką? Postmodernistyczne pomysły w tym kierunku zmierzają. „Artist shit” – kupa artysty w puszce,  czemu nie. I nawet będzie miała swoją cenę! Tylko czy mamy tu do czynienia jeszcze ze sztuką, czy ze zwykłą blagą, nadużyciem „przestrzeni artystycznej” i oszustwem? Nawet recenzenci kpiący z takich pomysłów, opisują je wciąż   w kategoriach wydarzenia artystycznego i sztuki, a nie oszustwa i blagi. Jakby z ostrożności, jakby  bali się, nazwać rzecz po imieniu,  by nie narazić się  na brak profesjonalizmu, bądź na ośmieszenie, (M. Małkowska, „Kupa sztuki z przewagą ekskrementów” Rzeczpospolita).

 Sławomir Marzec w książce  „ Sztuka, czyli wszystko.  Krajobraz po postmodernizmie” wydanej przez Towarzystwo Naukowe KUL i  Lubelskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych omawia tak  szeroki kontekst dzisiejszej sztuki  w aspekcie  myśli postmodernistycznej, porusza tyle tematów: cywilizacji, globalizmu, reklamy i marketingu, języka i komunikacji, socjotechniki i konsumpcji,  zastanawiając  się nad otwarciem sztuki na wszystko i  pisząc właściwie o wszystkim, że i   w tym znaczeniu ta książka jest także  o Wszystkim.

Nawiasem mówiąc,  praca, wbrew chęci autora, by    nie być pisaną „niezrozumiałym językiem fachowców”,  jest specjalistyczna;   świadczy jednocześnie  o imponującej erudycji autora -  teoretyka sztuki i twórcy dzieł plastycznych, Sławomira Marca. 

Bez znajomości najnowszych terminów i pojęć filozofii  i socjologii  trudno ją laikowi ogarnąć. Autor więc, może niezamierzenie (dla niego, zanurzonego od lat w meandrach krytyki sztuki,  mogą to być rzeczy oczywiste)  zmusza czytelnika do zapoznania się z poglądami i językiem  twórców i krytyków myśli  postmodernistycznej,    z sądami  Z.Baumana, M. Faucolta, J. Baudrillarda, H. Blooma, J. Derrida, T. Adorno,  do  przypomnienia sobie co myśleli i jakie mieli przekonania  M. Haidegger i S. Kierkegaard. 

 Zamieszczone w książce rozważania autora z zakresu  teorii sztuki  - owoc   lat przemyśleń - są krytyczną analizą   współczesnej kultury. Sławomir Marzec wnikliwie i wielostronnie  analizuje jej kryzys.

Postmodernizm jest bowiem  widocznym  objawem kryzysu kultury zachodniej i jej myśli  humanistycznej, choć   autor  dostrzega w nim i pozytywne cechy –  odrodzenie ducha romantyzmu sprzeciwiającego się oświeceniowej myśli i  racjonalizmowi „szkiełka i oka”. Ale jeśli nawet się zgodzić z nim w odniesieniu do kultury,  gdzie taki bunt postmodernistyczny może  wywierać  ożywcze skutki ( czy nie częściej jednak  prowadzi do absurdu?),  o tyle postmodernistyczne postulaty w odniesieniu do nauki, podważające kryterium prawdy, tylko śmieszą. Szczęśliwie naukowcy nie przejmują się  filozofami - postmodernistami i ich filozofiami,  i robią swoje,  badając i odkrywając tajemnice  rzeczywistości  z  występującymi  tam prawidłowościami. Każdy z nas też może sprawdzić czy 2+2 równe jest 4, czy może od wczoraj postmodernistycznie  5.

Inaczej jest z kulturą i sztuką, gdzie, na co zwraca uwagę Marzec w swojej książce,   zanikają kryteria wartości i  wartościowanie,  giną hierarchie, panuje brak norm. „(...) to nie znaczy, że wszystko jest kulturą, o czym namiętnie już pisałem. Powtórzę raz kolejny: kultura  jest wartościowaniem, i jeśli je zniesiemy, to tym samym zniesiemy samą możliwość istnienia kultury.”

Doprawdy nie wiemy już co jest, a co nie jest sztuką, gdzie się ona zaczyna, a gdzie kończy. Król jest nagi od dawna, (może od czasu, gdy Duchamp dla draki wystawił pisuar, ale znaleźli się tacy, którzy przed nim uklękli i już nigdy z klęczek nie powstali?),   ale chyba niewielu ma odwagę to powiedzieć. Sławomir Marzec nie cofa się przed krytyką i nazywaniem rzeczy po imieniu.   Uzasadnia teoretycznie  to, co pewnie wielu doświadcza, bądź intuicyjnie wyczuwa, odwiedzając galerie,   obcując z różnymi przejawami sztuki,  czy raczej  postsztuki i antysztuki, owym art  world   współczesności.

„Nie tyle mamy kryzys sztuki, ile być może raczej wiele kryzysów – kryzys idei sztuki, jej terminologii, jej hierarchizowania , funkcjonowania, sposobu traktowania sztuki, (...).Nie kryzys w sztuce, ale sztuka totalnego kryzysu, (...)”  – trafnie zauważa Marzec.

Książka potrzebna  i przy zalewie informacji  - porządkująca pojęcia i ułatwiająca poruszanie się „w temacie kultury i sztuki”, także rozumienie dzisiejszych zjawisk i tendencji, również patologii w  sztuce  i kulturze.

Przywołuje w  niej autor różnorakie poglądy na temat rozumienia sztuki,  czym ona jest i   propozycje jej  zdefiniowania, jak np. wciąż inspirujące, zdaniem Marca, twierdzenie Johna Deweya o bezinteresowności, ”(...) sztukę rozumiał jako sublimację ludzkich doświadczeń i najpełniejsze – bo właśnie bezinteresowne – ich wyrażenie (...)”, albo wyborną wypowiedź na temat sztuki Anastazego Wiśniewskiego, który „(...) Długo siedział na sali słuchając teoretycznych pouczeń i zaleceń  dla artystów. W końcu stanął na mównicy i milczał przez kilkanaście minut. Próbującym go przegonić tłumaczył, że przecież on nie przeszkadzał innym w wystąpieniach.” Marzec uważa, że była to zapewne jedna z bardziej istotnych wypowiedzi na temat sztuki.

Książka analizująca różne poglądy  na sztukę,  służy  również,  a może przede wszystkim,  prezentacji  przekonań i przemyśleń  na ten temat jej autora. Marzec sądzi, że „ sztuka to to, co w nas najlepsze, najszlachetniejsze i najmądrzejsze, co pozwala nam wzrastać ku indywidualnym i zbiorowym optimum. Jak to konkretnie rozumieć, - wyznaje szczerze autor – tego do końca  nie wiem i stan taki mnie zadowala, pozwalając z zaciekawieniem kolejnym okolicznościom się przyglądać. Natomiast zawsze przeciwstawiać się należy – podkreśla – wizjom sztuki, które redukują przestrzeń naszego istnienia do nijakości lub ekstremizmu, do danej formy lub danej treści, do samej sublimacji lub do samej agresji etc.(...)”. 

Pisząc o art world  i postsztuce zauważa, że „Dominują dziś procesy unifikacji,(..). W  ich konsekwencji sztuka odrywa się od naszego doświadczenia egzystencjalnego i od rzeczywistości.” Mówiąc wprost – jest o niczym. 

 „Główne cechy postsztuki to nijakość i symulowanie, symulowanie głębi, mądrości, inteligencji, wyobraźni, dowcipu i talentu. Zamiast poszukiwania głębi czy ważności mamy proste rekonstrukcje – przekładanie rzeczy i znaczeń w inne miejsca w nadziei, że stanie się coś nowego, że wyjawią one swoje inne aspekty. De facto jest to poszukiwanie konsternacji widza (...).”

Nie można  więc twierdzić – konkluduje – że postsztuka to nowa formuła sztuki.

Dostrzega, że „sztuka staje się bezbronna wobec wszelkich, literalnie wszelkich możliwych manipulacji. Każda inicjatywa poparta odpowiednimi pieniędzmi i zaangażowaniem mass mediów, mogłaby dosłownie wszystko jako sztukę przedstawić i wylansować.”

I tak się przecież dzieje. Jako sztukę próbuje się wylansować nawet „Artist shit”.

Innym z negatywnych i    jednocześnie „intrygujących” zjawisk opisanych przez Sławomira Marca  w rozdziale „Sztuka Krytyczna”  jest  osobliwość tzw.  sztuki kuratorów. Uwagi autora potwierdzają moje własne  obserwacje niektórych wystaw.  Fenomen  sztuki kuratorów rzeczywiście istnieje.  Artysta nie jest już twórcą, jak kiedyś, jego  misja ulega degradacji i  zostaje ograniczona do  roli statysty w filmie, aktora w sztuce – jego dzieła pełnią funkcję klatek filmowych w obrazie, który montuje właściwy twórca i kreator dnia dzisiejszego - Krytyk Sztuki  i Kurator Wystawy. To on, niczym  reżyser filmowy, buduje dzieło – wystawę, nadając wystawianym cegiełkom (dziełom) nierzadko sens daleki od zamierzonego przez ich twórców. Przykładem niech będzie ekspozycja prac  Aliny Szpocznikow w Zachęcie, poukładanych  kiedyś przez Andę Rottenberg. 

Po co lata studiów na Akademiach, ćwiczeń przy sztalugach , egzaminów z rysunku i malarstwa, mających dowieść talentu plastycznego kandydata,  całej tej mordęgi. Wystarczy być etatowy pracownikiem dajmy na to Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, by zaistnieć w nim jako artysta, którego fotogram bierze udział w prezentacji. Nazwisko owej kuratorki, miłej zresztą osoby, litościwie przemilczę.

Miejsce, o którym wielu artystów daremnie  marzy, by w nim wystawić i zaistnieć (jest ono hermetyczne i niedostępne dla większości twórców - nawet Franciszek Starowiejski, artysta wszak ze wszech miar współczesny  i duma polskiej sztuki, w spisie artystów CSW nie figuruje ), zajmuje oto urzędnik owej państwowej i  stołecznej galerii. Czyż to nie zadziwiające?

Akcja jaką przed wymienionym Centrum w 1993 roku przeprowadziłem, tytułując   ją – „Komu służy Centrum Sztuki Współczesnej – Artystom czy Urzędnikom?”   miała widać proroczy charakter.

Sławomir Marzec – uważny i krytyczny obserwator wyraża zdziwienie i oburzenie  niektórymi aspektami sztuki krytycznej:

„Nie wiem jak w kraju demokratycznym można słuchać ze spokojem twierdzenia artystów krytycznych deklarujących, że będą zarządzać masami. To bardzo ważny moment całej tej retoryki. Kto w demokracji jest masą, a kto nią nie jest? (...) Mamy tu do czynienia właściwie z rodzajem kulturowego rasizmu, gdzie grono ludzi uzurpuje sobie prawo zwierzchnictwa i manipulowania innym ludźmi (...)”.

     I dalej:

„To już paranoja: sztuka salonowa, oficjalna, sprzedawana za dobrą cenę, często robiona pod „patronatem prezydenta”, jest jednocześnie alternatywna i buntownicza?...”

 Szkoda, że w książce jest tak mało konkretów, przykładów dzieł i twórców omawianych przez autora kierunków i zjawisk. Chciałbym na przykład  wiedzieć, o  kim  i o jakich utworach myślał, pisząc  o sztuce  „salonowej, oficjalnej, sprzedawanej za dobrą cenę, często robionej pod „patronatem prezydenta”, jednocześnie alternatywnej i buntowniczej”. Czytając książkę i śledząc wywody autora, nie wiadomo, czy mamy na myśli to samo, co on.

 Oprócz krytyki jest w książce  i wątek optymistyczny. Marzec przypomina , że „Sztuka związana jest tradycyjnie z horyzontem przeróżnie rozumianego (też negatywnie  ) piękna i wzniosłości, ale nade wszystko jest właśnie świadomością wielowymiarowości istnienia. I wciąż pozostaje żywa, wciąż możliwe są nowe jej perspektywy.”

To ważne,  że w dobie dzisiejszej ktoś ośmiela się pisać o  pięknie i przypominać tę zapomnianą już kategorię „sztuk pięknych”.

 Książkę i swoje rozważania o sztuce kończy autor takim oto morałem:

(...) należy uważać, co się ogląda i w różny sposób „spożywa”, czyli nasz własny egoizm zmusza nas do troski o nasze kulturowe środowisko. Wchłaniając byle co, będziemy mieli byle jaką intuicję i uważność, a w konsekwencji byle jakie wyobrażenie o świecie. I doprawdy lepiej nic nie oglądać, niż oglądać marność.

Myślę, że wielu tak właśnie od dawna postępuje – nie ogląda, żeby nie oglądać marności, no i żeby nie tracić czasu.

Remedium  na chaos, przegięcia, obscena i inne grzechy  postnowoczesnych  działań w sztuce,  kultury redukowanej do aktualność,  widzi Sławomir Marzec w postulowanej przez siebie postawie, którą dość tajemniczo nazywa koncepcją „transaktualnej optymalizacji i aktywnej, polemicznej bezinteresowności (depragmatyzacji), zakorzenionych w konfiguracji doświadczenia, rozumu, duchowości, intuicji i zmysłowości”. Jak by nie rozumieć tych słów - postulat autora  wykracza chyba poza sztukę  i dotyczy postawy życiowej w ogóle, stając się dezyderatem o charakterze ewangelicznym. Tak ja to rozumiem.

Ale z drugiej strony czy taka  bezinteresowna niepraktyczność jako zasada  nie prowadzi do życiowej  katastrofy? Może więc bezpieczniej traktować ten postulat w odniesieniu jedynie do sztuki, niż do życia w ogóle, oczywiście   jeżeli jest się praktykującym artystą, za którego i ja się uważam.

                                                                                                                                          Jacek Lilpop

 

 

 
 
 
 
<<