Jacek Lilpop


                                                         Markizy /Kobieta i Życie / 01 1992 /

Gdy po miesiącu spokojnej żeglugi z San Francisco w słońcu i popychającym nas pasacie, rankiem pojawia się przed dziobem „Horna” pierwsza wyspa archipelagu – Ua Huka, początkowo wydaje się szaro-błękitnym zaciemnieniem pod dachem wypiętrzających się nad nią cumulusów, potem rosnąc i wyraźniejąc, staje się błyszczącym w słońcu seledynowym zjawiskiem. Po tygodniach błękitu: nieba i wody – zielony, górzysty ląd. Dobrze widoczne przez lornetkę strome doliny spadają do oceanu, jakieś piarżyska piętrzą się nad samą woda, widać żółte turnie, i ta niesamowita szmaragdowa, obrastająca zbocza, skrząca się w słońcu zieleń!
Kolor wód nagle zmienia się, ocean ciemnieje, traci kryształową przeźroczystość, fale stają się nieregularne. W spokojny i równy do tej pory rytm żeglugi, odmierzany pochodami fal, pojawiających się i znikających ławic chmur, wkrada się niepokój. Już od kilku dni widzimy gromady ptaków kierujących się w stronę niewidocznego celu za widnokręgiem, dzień wcześniej przez pól godziny towarzyszy nam stado setek delfinów płynących w tym samym co i my kierunku, a ponadto niespodziewanie załamuje się pogoda.
Jeszcze siedzę na koszu dziobowym, chłonąc widok kolejnych wysp archipelagu wyłaniających się zza horyzontu i robiąc zdjęcia, kiedy spoza oddalającej się, zoczonej najwcześniej Ua Huka, przecinając nasz kurs, wypływają sznury ciemnych chmur ze zwisającymi kurtynami deszczy, gnane wiatrem w stronę największej wyspy archipelagu Nuku Hiva, do której zmierzamy. Są coraz bliżej i widać, że nie zdołamy przed nimi uciec.
Jeszcze udaje nam się dostrzec daleką sylwetkę trzeciej wyspy Ua Pou i widać już szczegóły wybrzeży Nuku Hiva – rozległą zatokę, palmy na brzegu i błyszczące w słońcu skały, jakieś niezwykłe turnie jak fantastyczne olbrzymy i wszystko jest tam na brzegu takie soczyste i seledynowe, słońcem prześwietlone, że trudno wzrok oderwać.
Kiedy nadchodzi szkwał, ogarnia nas tuman mgły i deszczu, robi się od razu mrok i gnamy na złamanie masztu i podarcie żagli w takim przechyle i z taki gazem, że są irracjonalne obawy o ominięcie wyspy. Jest to chyba najsilniejszy szkwał jaki przeżywamy od początku podróży, jest krótki, bo nawałnica zaraz przechodzi, rozjaśnia się – jej tylne straże jeszcze snują się nad wodą, kiedy reszta chmur przewala się nad wyspą, nad górami, które zwalają się pionowymi ścianami do oceanu, a daleko w perspektywie tego wschodniego wybrzeża Nuku Hiva widać pod czapami chmur trąbę powietrzną jak warkocz łączący ocean z niebiosami. Co za widowisko!
Sterujemy na cypel Takapo i dostrzegamy już skałę Te-Oho-Te Kea wspominaną przez Teligę. Zaraz za nią i za cyplem rozwiera się zatoka kontrolera – ciemnozielona i ponura, wi-dać wyraźnie, ze składa się z trzech mniejszych, tylko która z nich jest sławną doliną Taipi Mellvilla? Może ta w głębi, najmroczniejsza?
Żagle już spuszczone, płyniemy na silniku, w jachcie dym i smród spalin. Fale odbite od brzegu poplątane są i skrzyżowane, kiwamy się na boki jak kaczka płynąc wzdłuż brzegów jak tatrzańskie urwiska. W ciemnej, prawie czarnej wodzie pływają brązowe skorupy koko-sów jak głowy kanibali padłych w bitwie.
Przy brzegu wybuch grzywaczy i widać siklawy na skalnych ścianach, wszędzie ścieka woda.
Wodospady, gąszcz zieleni obrastający pionowe ściany, włosy chmur i mgieł snują się między turniami i graniami; góry parują, wody spływają, a te granie jak ostre brzytwy i wszystko obrośnięte jakąś mechata zielenią. Co za świat! Jakie kolory! Jaka ponurość!
Pionowe ściany z wodospadami obrasta gąszcz mechatej zieleni, wszędzie ścieka woda. Chmury i mgły snują się między turniami i graniami. Góry parują. Co za świat! W ciemnej, prawie czarnej wodzie pływają brązowe skorupy kokosów jak głowy kanibali padłych w bitwie.

Jest coraz ciemniej, a my zataczając się na fali wolniutko płyniemy pyr pyr pyr, spaliny wypluwają wodę z rury wydechowej, siny dymek snuję się za rufą.
Mamy wątpliwości, czy wejście do zatoki Taiohae, uważanej za najbezpieczniejsze kotwicowisko w tej części Pacyfiku, znajduje się między dwiema skałami przed nami, czy gdzieś dalej. A jednak te dwie skały-wysepki to wejście do zatoki, na którą znienacka otwiera się między nimi widok. Mam bezsensowną obawę czy wejście nie jest zbyt wąskie i czy się zmieścimy, ale już jesteśmy po środku wejścia do zatoki jak jakiejś dziury albo pieczary w skałach.

Wszystko rozjeżdża się na boki, winduje do góry i już wyrasta dokoła nas, wulkaniczny krater zatoki Taiohae, jak górski amfiteatr. Woda jaśnieje. Płycizna? Niemożliwe –echosonda pokazuje, że jest głęboko, a tu woda jakaś mleczna i nagle w tym mleku coś jeszcze jaśniejszego przepływa koło burty, jakby mleczne skrzydło. To płaszczka! Manta panowie! To jest Manta! Już znikła przy prawej burcie, a nad tym miejscem gdzie się zanurzyła, patrząc wyżej po wodzie – brzeg. Jest blisko i pędzi, albo to prąd przypływu tak nas gna  do zatoki.

Zwalniamy. Woda już spokojna, w oddali, z lewej strony Taiohae Bay jachty zbite w grupkę. Według mapy kotwicowisko powinno być pod prawym  brzegiem zatoki, ale tam nikogo nie widać, jachty kotwiczą po lewej stronie, więc chyba staniemy koło jachtów. W silniku zmniejszone obroty, suniemy wolno do brzegu.

Dokoła nas zielone zbocz krateru jak arena, amfiteatr polinezyjskich gór. Parno. Zapada zmrok. Zbliżamy się do jachtów, kotwica w dół, silnik stop, smród spalin i ropy odlatuje, unosimy się na długiej fali dochodzącej tu z oceanu.
Górski amfiteatr już ciemny. Na brzegu palmy, trochę budynków, przejechał samochód. Widać światła reflektorów, stanął, zawrócił. Kilka nieruchomych – jak nasz - jachtów, ciemnych i cichych. W jednym pali się światełko, w drugim ktoś siedzi pod tentem i obserwuje okolicę. Cisza, parujący od mgieł brzeg i ciepłe powiewy od lądu, z dżungli, a z nimi dźwięki: odległy – przyboju na plaży i cichszy – chyba wodospadów. I ten obecny w powietrzu, dziwny po tygodniach słońca i wiatru zapach – wilgoci, deszczu, błota i jakby kwiatów: frangipani albo tiare , odurzający, sandałowy, przypominający lipy w czerwcowa noc i jakby woń obory, świnek ledwie wyczuwalna. Coś ciemnego w nim jest, nieznanego, tajemniczego.
Jeszcze raz Polinezja. Inna od tamtej sprzed sześciu lat, a może to tylko takie wrażenie. Noc. Ocean oddycha.

 

                                              Statkiem po górach /Rzeczpospolita /16.05.2003/


To tak, jakby wpłynęło się jachtem na Morskie Oko. Kolor wody podobny, zielono-turkusowy, wiszące niemal nad głową skały, zapach lasów iglastych, szum potoków. Ale to nie Morskie Oko. Jesteśmy w Rogoland, południowo-zachodnim okręgu Norwegii. Płyniemy z portu Stavanger w głąb fiordu Lysefiord. Żeglując po morskich wodach, nagle znaleźliśmy się w sercu wysokogórskiego krajobrazu.
Obok nas 1000-metrowe, pionowo spadające granitowe ściany Kierag z warkoczami wodo-spadów, pod nami jeszcze 400 metrów słonej głębi. Błyszczące w słońcu skalne gładzie i otaczający nas ciemny, zwężający się wąwóz fiordu robią silne wrażenie.
Skały dochodzą do samej wody, nie widzi się osypisk ani piarżysk. Miejscami góry porasta kożuch zieleni - przez lornetkę można rozpoznać świerki, sosny, są brzozy.
Lysefiord wrzyna się w góry Norwegii na niemal 50 kilometrów, a mimo to nie należy do najdłuższych. Najdłuższy Sognefjord liczy aż 220 kilometrów.
Lądolód pokrywający w erze plejstocenu Skandynawię rzeźbił i pogłębiał doliny, tworząc koryta przyszłych fiordów. Ciśnienie lodu wgniatało skały, sprawiając, że po ustąpieniu lodowców i zalaniu polodowcowych dolin głębokość fiordów przewyższyła głębię łączącego się z nimi morza. Głębokości fiordów Norwegii są imponujące: od 200 do 1303 metrów w fiordzie Sognefjord.


"Jurand" i wikingowie
Brązowo-rude żagle naszego jachtu "Jurand", przesuwające się na tle masywu Kierag, przywołują na myśl statki wikingów, które z takich fiordów jak ten wyruszały na Morze Północne. Tak to musiało kiedyś wyglądać: smukłe drewniane, tzw. łodzie wojenne drakkary, zakoń-czone dziobnicą wygiętą w kształt głowy smoka, na burtach tarcze, jasnowłosi wojownicy w hełmach z rogami, dźwięk rogu żegnającego lub witającego wioskę w głębi fiordu...
To stąd, z zachodnich wybrzeży Norwegii, od VIII po XIV wiek wyruszały wyprawy wikingów, by grabić wybrzeża Anglii i Szkocji, kolonizować Szetlandy, Orkady, Wyspy Owcze i Hybrydy. Wikingowie z Danii kierowali się na południe Europy, najeżdżając Francję, Hiszpanię, Sycylię, szwedzcy - wypływali na Bałtyk i docierali na Ruś. Norwescy wikingowie zakładali królestwa na wyspie Man i w Irlandii, zasiedlili Islandię, założyli osady na Grenlan-dii jeszcze przed 1000 rokiem. 400 lat przed Kolumbem osadnicy norwescy dotarli do wybrzeży Ameryki w okolice Labradoru i Nowej Fundlandii. Zasięg i skala średniowiecznych podróży wikingów to jeden z niezwykłych i mało znanych epizodów europejskiej historii. Żaden z ludów Europy do czasów Kolumba nie "rozprzestrzenił się" w świecie tak jak wikingowie.
Fiord zamyka amfiteatr zwężającej się doliny. Na jego krańcu osada Lysebotn - przystań promowa przy ujściu górskiej rzeki. Zapach siana i lasów, beczenie owiec, szum potoku - tym razem złudzenie tatrzańskiej doliny.
Obok nabrzeża trawniki i budynki administracji, przystanek autobusowy, dalej łąka. Pusto i czysto.
Wrażenie połączenia tatrzańskiej doliny i morskiego brzegu nie opuszcza mnie rankiem następnego dnia - chłód krystalicznie czystego powietrza, wschodzące słońce oświetlające urwiska, owce pasące się nad brzegiem potoku i szum wodospadu. Ale liście brunatnic i czerwone rozgwiazdy na dnie czystej wody fiordu przypominają, że nie jesteśmy nad górskim jeziorem. Tym bardziej że lustrzaną powierzchnię fiordu mąci wynurzająca się z cichym sapnięciem czarna, wąsata głowa foki.


Jajo pterodaktyla
Na szczyt płaskowyżu nad fiordem można wspiąć się wynajętym w osadzie samochodem. Stroma droga wije się serpentyną, a ze schroniska na zboczu widać kraniec fiordu. Jacht przy nabrzeżu widziany z góry jest jak zabawka.
Aby dotrzeć do słynnego, wiszącego w skałach Kierag kamienia, trzeba iść blisko dwie godziny szlakiem poprowadzonym skalnym płaskowyżem. Nie ma tu żadnych szczytów czy grzbietów typowych dla górskiego krajobrazu. Góry tej części Norwegii to pofalowany, wy-gładzony lodowcem skalisty płaskowyż - field, z rozpadlinami i szczelinami fiordów i dolin wyrzeźbionych przez lodowce.
Szlak do Kierag prowadzi przez skalne płyty z czerwonymi maźnięciami farby i kopczykami kamieni wyznaczającymi drogę. Łańcuchy na stromiznach ułatwiają wspinaczkę, w obniżeniach terenu idzie się przez błotniste torfowiska z jeziorkami do złudzenia przypominającymi stawki Hali Gąsienicowej. Szlak kluczy na przemian przez teren skalisty i błotniste zagłębienia, doprowadzając niespodziewanie na skraj fiordu.
Wrażenie jest piorunujące. Po monotonnym pierwotnym krajobrazie obłych, szarych płyt i torfowisk zatykająca oddech i przyprawiająca o zawrót głowy otwierająca się pod nogami przepaść - 1000 metrów pionu do samego lustra wody! Niebo, zastygły pod nim skalny, sfalowany jak ocean field i w dole fiord, wijący się w stronę Morza Północnego i portu Stavan-ger.
Sławny kamień rzeczywiście wisi - zakleszczony między skałami niczym wielkie jajo pterodaktyla. Stając na nim, lepiej nie patrzeć w dół, na wodę pod nogami.
Ale są i tacy, którzy lubią nie tylko spoglądanie w dół, lecz i skoki w przepaść. 10 sekund swobodnego lotu, a potem wolne opadanie na skrzydłach lotni, z lądowaniem w zimnych wodach Lisefiordu. Reportaże filmowe z tego miejsca widuje się w telewizyjnych programach Discovery.
Co dziwne, dróg wspinaczkowych na tych niezwykłych ścianach wcale nie jest dużo. W Norwegii skalne urwiska wciąż czekają na swoich odkrywców.


Pulpit na wysokościach
Drugie równie efektowne miejsce nad fiordem Lyse to Pulpit - skalny stół wypiętrzający się 600 metrów nad wodami fiordu. Aby się tam dostać, trzeba wypłynąć z fiordu i dotrzeć do tych miejscowości, z których prowadzi szlak w góry. Stamtąd znowu jazda autobusem wśród lasów z rozległą panoramą okolic Stavanger.
Szlak jest krótszy od podejścia na Kierag i mniej uciążliwy. Na szlaku tłok jak w drodze do Murowańca - słyszy się hiszpański, japoński, francuski. Godzina podejścia.
Pulpit wygląda, jakby wycięty został uderzeniem potężnej siekiery gigantycznego trolla - figurki ludzi stojących na kamiennym stole na skraju przepaści z panoramą fiordu w tle to ulubiony i rzeczywiście efektowny temat zdjęć w przewodnikach turystycznych.
Geolodzy tłumaczą powstanie takich niezwykłych formacji występowaniem podczas topnienia lodowców wielkich ciśnień zgniatających skały. Powodowało to pękanie i odłupywanie się gigantycznych odłamów skalnych, których wiele leży na dnie fiordu. Czy skalny stół także runie kiedyś w dół? Przecinająca go i pogłębiająca się szczelina wskazuje na to, że tak.
Wychylając się znad krawędzi, można zobaczyć w dole stateczki turystyczne podpływające pod samo urwisko. Bo Pulpit odwiedziło któregoś roku 90 tysięcy ludzi.


Deszczowe miasto
Do Bergen, dawnej stolicy Norwegii, celu naszej norweskiej wędrówki, można płynąć na pół-noc między wyspami - naliczono ich na norweskim wybrzeżu 150 tysięcy - albo otwartym morzem. Mimo konieczności halsowania pod wiatr wybieramy podróż morską.
Mijamy wysepki z bielą i czerwienią drewnianych domków letniskowych na brzegach. Od początku podróży przez Norwegię drewniana zabudowa - nie tylko domki letniskowe, ale i domy we wszystkich odwiedzanych miejscowościach - rzuca się w oczy. Nie spotyka się tu architektonicznych dziwolągów, proporcje budowli są w "ludzkiej" skali.
18-metrowy, dwumasztowy "Jurand" pięknie zachowuje się podczas żeglugi na wiatr, nie czuje się na nim typowego dla żaglowców łomotania dziobem o fale ani dygotu masztu. Jacht wchodzi na fale miękko i żegluga, mimo tężejącego nocą wiatru, jest jak bujanie w hamaku.
Świt i wschodzące nad czernią gór słońce zastają nas sztormujących w kierunku cieśniny prowadzącej do Bergen. Błyski prowadzących nas całą noc latarni morskich gasną. Wkrótce jest już spokojnie - osłonięci lądem od wiatru, możemy obserwować krajobraz.
Mamy szczęście, bo Bergen słynące z deszczowej pogody (największa ilość opadów w całej Europie) wita nas słońcem jak w relacji Nansena, który wyruszał stąd na okręcie "Fram" w sławny rejs do bieguna północnego. "Ujrzałem przed sobą wspaniały port, kąpiący się w słońcu. Było to prawdziwe święto słońca. Góry Ulriken, Fl?yen i L?vstaken błyszczały i skrzyły się, przesyłając powitanie przybyszowi. Cudowny jest ten stary gród hanzeatycki!" - pisał wtedy o Bergen Fridtjof Nansen.
Stajemy przy nabrzeżu Bryggen, dzielnicy przez setki lat będącej centrum miasta. Drewniane domy Bryggen, wielokrotnie trawione pożarami (pożar w 1702 r. obrócił miasto w popiół) i odbudowywane na fundamentach sięgających XI stulecia, to pozostałość niemieckiej Hanzy, która podporządkowała sobie gospodarkę Norwegii w średniowieczu, przejmując handel, między innymi suszoną rybą szczególnie poszukiwaną w Europie w okresie postu.
Wąskie i ciemne drewniane uliczki ze schodzącymi się szczytami pogiętych ze starości do-mów, skrzypiące schody, balkony, galeryjki, tajemnicze zakamarki - atmosfera średniowiecza. W piwiarni, w pomieszczeniu, które musiało być kiedyś stajnią, wciąż unosi się zapach koni. Dużo tu sklepików z pamiątkami, z biżuterią zdobioną pismem runicznym wikingów i miniaturowymi toporami Thora - germańskiego boga burz i piorunów. Kiczowate figurki trolli z norweskich legend straszą na wszystkich straganach.
Tłumnie jest na targowisku. Targ rybny w porcie to rozkosz dla oczu i podniebienia. Smak krewetek z listkiem sałaty i szczyptą czerwonego kawioru jest boski, kolory i kształty frutti di mare - zachwycają. Osobliwością są ciemne, prawie czarne kawały wielorybiego mięsa. Przy barierce nad wodą dziewczyny w strojach ludowych śpiewają jakieś norweskie "dumki", bo brzmi to trochę jak ruskie zawodzenie.
Koło domów dużo kwiatów, paprocie, rośnie nawet pokaźnej wielkości tropikalna araukaria, świadcząc o klimacie tego miejsca ogrzewanym ciepłymi wodami Golfsztromu.
Szkoda, że na tak krótko tu przypłynęliśmy. Trzeba jeszcze zobaczyć obrazy Muncha w muzeum. Na wystawę poświęconą twórcy suity "Peer Gynt" Edwardowi Griegowi ani na teatr Ibsena nie starczy już czasu.
Jutro morze, skrzyp takielunku, fale, kurs na południe... 
                                                                                                                                                                   Jacek Lilpop
                                

                                            

                                        Wisłą do morza /Polskie Radio/ 8 grudnia 2006/


Widzimy ją z brzegów, z mostów, niektórzy codziennie w drodze do domu, do pracy. Jest częścią naszego miasta, niemal niezauważalną częścią krajobrazu.
Pisali o niej poeci, pisarze: Żeromski, Broniewski. Kiedyś, przez całe stulecia była główną arterią handlową Rzeczypospolitej. Tyle razy widziałem ją z bliska, a przecież jej nie znam. Jaka jest rzeka, która płynie przez moje miasto?
Tę podróż powinno się pewnie zaczynać od źródeł, ale Wisłę znam z warszawskich brzegów i ten właśnie widok – rzeki wpływającej pod mosty miasta i uchodzącej gdzieś daleko, za horyzontem do morza – zawsze fascynował. Chcę dowiedzieć się jaka jest Wisła, zobaczyć jak przepływa przez Mazowsze, Kujawy, Pomorze, zobaczyć jak wpada do morza i chcę nią wy-płynąć na Bałtyk. Czy jest tylko gigantyczną instalacją wodociągowo-kanalizacyjną pojącą miasta i fabryki, czy jest już tylko ściekiem jak powiadają, a może nie tylko?


Warszawa: start!
Startujemy z dawnej przystani MZK w Warszawie. Trzyosobowy kajak składak – ruska bajdarka wspomagana dorobionym żagielkiem.
Bezwietrzny dzień, środek upalnego lata roku. Początek nie jest zachwycający. Po minięciu główek kolektora Warszawy na Bielanach, zaczyna się horror: żar lejący się z nieba, blask wody i przyprawiający o mdłości zapach. Królowa polskich rzek pachnie mydłem, jakby płynęło się strumieniem wszystkich atakujących nas w reklamach proszków do prania, mydełek i szamponów.
Europejska stolica, XXI wiek i brak oczyszczalni ścieków. Nie ma nawet jak zatrzymać się na chwilę, bo krzaki też oblepione. Trzeba uciekać stąd jak najszybciej! Spływ należało zaczynać gdzieś w dole rzeki, daleko od miasta, może dopiero za Nowym Dworem.
W kontraście do wody krajobraz staje się ciekawszy: wyspy, starodrzew – wierzby, topole, podcięte rzeką brzegi i piaszczyste plaże. Mazowiecki pejzaż, naprawdę malowniczy. Na łachach ptactwo: mewy, rybitwy, kilka bocianów, czaple – jak egzotyczne marabuty – parami, po trzy, po sześć, właśnie tam, w tym ścieku. Takiego nagromadzenia czapli potem już nie spotkamy.
Czujemy się trochę niepewnie na rzece, dlatego że to pierwszy dzień i wszystko nowe. Tor wodny wyznaczony zielonymi i czerwonymi bakenami, a na brzegach tablice z kilometrami. Płyniemy raz prawą, raz lewą stroną rzeki. Z daleka można zobaczyć w lornetce ciemne przy-kosy na skraju płycizn, ale trzeba od razu podejmować decyzję, prawo czy lewo płynąć, bo prąd szybko niesie i można wjechać w „miel”, przycieramy raz – niegroźnie, bo tylko słychać trący o gumowe dno kajaka piasek, a nie kamienie.

Z Modlina do Czerwińska
Ujście Bugo-Narwi, tablica wskazuje 550-ty kilometr od źródeł Wisły. Twierdza Modlin sprawia ponure wrażenie. Na brzegu wędkarze, więc coś w tej wodzie żyje! Widać że 20-30 km za miastem rzeka samo oczyszcza się. Pierwszych kąpiących się spotykamy następnego dnia 60 km za Warszawą, przed Czerwińskiem – mimo piany przy brzegu dzieciarnia w wodzie. Wisła jest tu rozległa, zniknęły wyspy i plaże. Trochę powiewa z tyłu i możemy sobie pomóc żagielkiem. Wciąż pusto, jedna czy dwie barki z faszyną przy brzegu, pychówka z ludźmi przepływa na drugą stronę Wisły. Nad wodą ślizgowe loty rybitw, lecz nie białych z czerwonymi dziobami i czarną kreską na głowie, ale rybitw czarnych i białoskrzydłych – oba ptaki szaro-czarne i mniejsze od znanej rybitwy białej.
W Czerwińsku przeprawiał się przez Wisłę Jagiełło idąc z wojskiem pod Grunwald. Rzeka pewnie była taka sama: wierzby, wikliny, muł, łąki i lasy w oddali. Miasteczko też musiało być podobne, bo wciąż wygląda jak średniowieczna osada.
Wiślany przewoźnik opowiada, jak kiedyś stawiał wiechy i boje na rzece, a teraz... macha ręką: „białej floty już nie ma, wszystko zniszczone”. Aż trudno uwierzyć. Żadnego ruchu na rzece, żadnych statków, barek. Przecież kiedyś płynęło tędy zboże do Gdańska – źródło dobrobytu i zamożności Polski szlacheckiej, flisacy spławiali drewno, pływały tędy szkuty, bar-ki z towarami... wystarczy obejrzeć stare sztychy, kiedyś pływała po Wiśle „biała flota", ale co tam kiedyś, jeszcze na „Rejsie” Piwowskiego statek wyrusza z Torunia.
Za Czerwińskiem inny krajobraz: prawy brzeg wznosi się zieloną skarpą. Jeszcze niedawno drewniany most w Wyszogrodzie dudnił pod przejeżdżającymi samochodami, prąd szybko niesie pod nowym mostem i filmowy widok Wyszogrodu – bielejących w słońcu: skarpy i murów kościoła już za nami.
Rzeka płynie dalej leniwie: plaże, wyspy, rozlewiska, czasami czaple, na brzegach bydło. Pusto i gorąco. Zielona wysepka jak atol, nie trzeba płynąć na antypody aby znaleźć się w raju. Może to i dobrze, że rzeka wciąż nieuregulowana? Można zgubić się w tych rozlewiskach. Płynąć tędy czy tamtędy? Znowu czaple jak egzotyczne marabuty. Pusto. Nikogo, jak-by wymarła rzeka, ani statków, ani barek, aż trudno uwierzyć, że mogło tu kiedyś być inaczej i płynęły tędy tratwy, szkuty. Czy tą rzeką rzeczywiście nikt i nic nie pływa?
Czerwoną boję gdzieś zapodziało, chyba trzeba było płynąć w prawo, bo przed nami przegroda w poprzek, na całą szerokość nurtu: z daleka słychać szum przelewającej się wody. Wracać pod prąd, w ten upał? Chwila emocji... i łagodny zjazd w dół, jakoś o nic nie zawadzamy, ale przed burzą już nie uciekniemy, idzie prosto na nas.


Płock
Żegluga z wiatrem. Można odłożyć wiosła, szkoda tylko, że tak krótko, bo ściana deszczu już nas dogania, więc ucieczka w krzaki i w muł, nie tyle przed wichurą, bo piękna jazda, co przed piorunami. To już Płock. W trzy dni przepłynęliśmy 120 km, w taki upał; mogło być gorzej. Bosman o wyglądzie morskiego wilka w klubie żeglarskim przy tumskiej skarpie życzliwie wskazuje miejsce, gdzie możemy dobić. Od Płocka płynę samotnie.
Nad Zalewem Włocławskim grzmi. Znowu burza? W nocy wichura, a rano nieudana próba żeglugi pod wiatr. Z konstrukcją mieczy coś nie tak, duży dryf i na pomoc żagielka można liczyć tylko przy wiatrach pełnych. Kajak gnie się na fali. Mijam jachty płynące do Płocka z zarefowanymi żaglami. Całodzienna ciężka praca pod wiatr i falę, gdzie się da pod osłoną zawietrznego brzegu. Niemal stoję w miejscu, to nie ma sensu, trzeba przeczekać.
Brzeg dziwnie pachnie. Myślałem, że to ochotki, bo chmary ich unosiły się wszędzie i pełno martwych leżało przy brzegach, ale nie – to ryby. Wzdłuż całego Zalewu, w przybrzeżnych wodorostach, z daleka wyglądające jak białe kwiaty, zdechłe ryby. Progi na Wiśle to chyba nie najlepszy pomysł. Przyroda jest cierpliwa, rzeka płynąc jakoś się samo oczyszcza, ale woda stojąca przy braku oczyszczalni to katastrofa.
Muszę czekać na śluzowanie do 16-tej, mój kajak, jak podejrzewam, jedyna jednostka w ciągu całego tygodnia przeprawia się do Włocławka, zjeżdżając kilka pięter w dół. Śluza, elektrownia i tama imponują rozmiarami, a niewykorzystane nabrzeża i urządzenia portowe zaskakują pustką. Wielką śluzę napełnia się tylko dla małego kajaczka. Martwy szlak. Niepojęte. Kilkaset kilometrów na zachód jest przecież inaczej.
Poniżej tamy szybsza jazda. Włocławek w deszczu i zjawisko, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem: podczas ulewy powierzchnia rzeki pokrywa się kolcami przypominając łoże fakira – kolczasta rzeka. Na zalewie w jeden dzień przepłynąłem ledwie 20 km, nadrabiam teraz opóźnienie i mijam pod koniec dnia ruiny zamku na wyspie w Bobrownikach, nie wiadomo krzyżackiego czy polskiego, bo zamek na przełomie XIII I XIV w. przechodził z rąk do rąk.
Rozbijam biwak na wyspie jak marzenie – dziewicze plaże zajmowane przez srebrne trawy, jakieś mikołajkowe, pustynne krzaczki i żółto kwitnące rozchodniki i dziewanny. Jest nawet małe cacuszko, czerwony maczek i kwitnący na piasku cud boży – fiołkowy powój.
Nosząc bambetle, chodzę tylko jedną ścieżką, żeby nie zniszczyć tego zakątka. Nad głową krzyczące mewy i ich ślady na ziemi. Woda ciepła, czysta, wartki prąd, tak że mam trudności z przepchnięciem kajaka na płyciznę. Dziko i pięknie.


Toruń
Wisła przed Toruniem zmienia charakter. Zniknęły zielone wyspy, „grądy”, jest uregulowana, przy brzegach solidne, kamienne ostrogi. Zmieniły się też oznakowania. Bakeny i tyki na rzece zastąpiły znaki brzegowe. Wolałem te pierwsze, bo wyznaczały skraj płycizn i podwodne przeszkody. Znaki na brzegu wskazują tylko bieg nurtu. Nie zawsze zwracam na nie uwagę. Z daleka rozpoznaję, gdzie przemiał i płycizny, płynę nie zawsze trzymając się nurtu – od brzegu do brzegu – ale na wyczucie i tak jak wiatr pozwoli, a ten znowu wieje od dziobu i to coraz silniej. Przed Toruniem wichura, a więc jeszcze raz stop.
Toruński gotyk zachwyca. Dzwonnice, wieże kościołów św. Jana i Jakuba, miejskie mury. Zegar na dzwonnicy św. Jana przesuwa się w prześwicie bramy portowej – tym razem widziany od strony wody. Miasto wyrosło na handlu. W średniowieczu należało, tak jak Kraków i Wrocław do związku miast hanzeatyckich i było w tamtych czasach portem morskim. Trud-no w to uwierzyć, ale statki Hanzy wpływały z Bałtyku 200 kilometrów w głąb lądu aż do Torunia! Tak było w średniowieczu i przez następne stulecia - płynęły tędy rzeczne flotylle do morza. Wisła była drogą transportową, jak są nią dzisiaj rzeki zachodniej Europy.
To już drugi tydzień na rzece. Za Toruniem jest rozległa, płynie prosto – nikogo, ani statków, ani barek, spokój. Dzień bezchmurny, wiatr 2-3, czasami pośród nurtu piaszczyste łachy. Na jednej widzę z daleka coś ciemnego, jakby pień albo wielki konar, a to ptak i to jaki! Potężna sylwetka, mocny, żółty dziób, biały ogon, szarawary piór opadają na szpony. Orzeł bielik! Kiedy dopływam bliżej, podrywa się, kołuje, potem spada na wodę polując, znowu siada pod wiatr na piaszczystej łasze w oddali.
Rzeka wciąż pusta, nawet wędkarze poznikali. Upał. Dopiero koło Solca Kujawskiego ożywienie – na plażach i w wodzie dzieciarnia, jest i klub żeglarski. Jachcik kieruje się gdzieś w górę rzeki. Po Zalewie Włocławskim to drugie żagle na rzece. Spiekota jest taka, że decyduję się na chwilę odpoczynku w ciepłej jak zupa wodzie i ... jeszcze raz zaskoczenie prądem rzeki. Płynąc, zapomina się o nim, dopiero gdy się chcę zatrzymać albo przeciągnąć kajak na płyciznę, czuję ukrytą w wodzie energię, niemal zbija z nóg, no i te tony niesionego przez wodę materiału – po minucie leżenia na płyciźnie w kąpielówkach jest kilo piachu.
Nazajutrz na mijanych mini plażach wśród wiklin w pobliżu Trzęsacza widzę już nie tylko dzieci z kolonii, ale i opalających się letników. Wiatr wreszcie sprzyjający, tak że można płynąc na żaglach. Dzień znowu upalny, ale kąpieli już nie będzie – tuż za mostem w Chełmnie do Wisły wlewa się rzeka piany z fabryki celulozy w Świecku.
Fabrykę podobno sprywatyzowano (prywatne miało być lepsze od państwowego!), a ścieki płyną jak dawniej. Płynie się w tej pianie o ostrym smołowym zapachu kilometrami, piana powoli zanika, ale zapach zostaje i wyczuwalny jest prawie do samego Tczewa.
Jakoś nie przeszkadza to ptakom. Od Chełmna mijam siedzące na piaszczystych wyspach ptactwo, już nie mewy i czaple jak za Warszawą, ale stada czajek, rude kaczki tracze i dzikie gęsi. Nawet jeśli przepływam blisko wysepek, gęsi nie odlatują, tylko niespiesznie odchodzą na bezpieczną odległość. Przypomina się „Cudowna podróż” Selmy Lagerlöf o zaczarowanym chłopcu wędrującym ze stadem dzikich gęsi przez Szwecję. Te tutaj też w drodze do Szwecji, czy może stamtąd wracają? Spokój na rzece, brak żeglugi ma też i swoje dobre strony – mimo zanieczyszczeń Wisła jest nie tylko ściekiem, ale wciąż żywą rzeką i szlakiem wędrownym dzikiego ptactwa.


Grudziądz i miasta Krzyżaków
Przed Grudziądzem drugi raz poza Toruniem spotykam na Wiśle trenujących wioślarzy. Płyną w górę rzeki z motorówką.
Mury Grudziądza zaskakują. Zupełnie nowy, nieznany ze zdjęć, ani z telewizji widok! Na wysokim, prawym brzegu Wisły zwarta średniowieczna zabudowa – niezwykła. Czerwone ściany murów miejskich i spichlerzy z przyporami, gotycki łuk bramy wjazdowej, wtopione w zieleń skarpy. W klubie wioślarskim pusto, bo niedziela, gra radio, budynek drewniany, starodawny ganek, wieżyczki, inny czas – przedwojenny. Przystaniowy mówi, ze mogę zostawić kajak, tu nic nie zginie. Uderzająca jest ta życzliwość wodniaków.
Z murów miasta widok na zieloną skarpę Wisły, w oddali ku północy widać inne miasto nad rzeką – Nowe. Krzyżacy budowali swoje twierdze po obu stronach rzeki, przemiennie, i na odległość sygnalizacji świetlnej: Świecie, Grudziądz, Nowe, Kwidzyn, Gniew. Rozgrywały się tu oblężenia i epizody wojny trzydziestoletniej, boje o strategiczny szlak handlowy toczono nawet na rzece. Gdańsk i Związek Pruski pomagały Rzeczypospolitej, której praktycznie cały eksport, przede wszystkim zboże, płynął tędy do Gdańska, stąd dostatek i miast, i Rzeczypospolitej.
Najpiękniejszy to chyba, obok Płocka i Wyszogrodu, fragment rzeki. Strome, zielone skarpy prawego, wschodniego brzegu, malownicze wzgórza ujścia Osy, plaże w nurcie, dostojny spokój pejzażu. Nowe. Dolina Wisły jest tu wąska, rzeka przebija się w tym miejscu przez polodowcowe moreny Pomorza.
Nikt mnie nie wyprzedza, nikogo nie mijam, całymi dniami płynę sam, tego się nie spodzie-wałem, jedynie na piaszczystych łachach gęsi, czajki, kaczki, czasami czaple.
Plaża pod brzegiem, do której dobijam pod koniec dnia, tworzy naturalny port z zatoczką dla kajaka. Wierzbowe zarośla, czysty piasek, cisza po dniu spędzonym na wietrze, tylko obok w nurcie bulgotania wody, a przed wieczorem plaśnięcia wyskakujących z wody ryb. Lustrzane odbicia nieba w rzece obramowanej dalekim wysokim brzegiem jak w jeziorze – powinno się w takim miejscu posiedzieć dzień, dwa, ale to już drugi tydzień spływu, do morza – jak dobrze się przyłożyć – dzień żeglugi.
I znowu dzień z gromadami czajek na wyspach, z wolno odlatującymi gdy przepływam czaplami, nawet parę jelonków zaskoczyłem nad wodą. Myślałem, że to jakaś gonitwa, bo znikały w krzakach i wypadały na plażę, ona pierwsza, on za nią – śliczne pyszczki z czarnymi noskami, na jego porożach wieniec zaczepionego zielska, ale za każdym razem coraz więcej tych traw i liści podbiału na rogach i wtedy zrozumiałem, że to ucieczka przede mną, że nie potrafią się wydostać. Dopiero gdy kajak był już blisko, z łomotem i trzaskiem łamanych ga-łęzi znalazły drogę w gąszczu.
Zamek krzyżacki w Gniewie widać już z daleka, lecz z dobiciem mam kłopot – brak bezpiecznego miejsca do cumowania kajaka, płynę więc mulistą rzeczkę Wierzycę, uchodzącą do Wisły, ma prowadzić pod mury zamczyska, ale nie prowadzi i muszę zostawić kajak w krzakach na łaskę losu i iść do miasta przez kartoflisko.
Potęga murów zamkowych z małymi okienkami przygniata. Wewnątrz czworokątnego dziedzińca studnia głęboka na kilkadziesiąt metrów. W zamku mieszkali kiedyś Jan Sobieski (był tu starostą) i Stanisław Leszczyński, teraz odbywają się turnieje rycerskie. Trwają przygotowania do pokazu, bo po podwórcu kręcą się podśpiewujący średniowieczni przebierańcy.
Obok twierdzy przeniesione ze średniowiecza miasteczko: domki podzamcza, rynek – jakby czas stanął w miejscu. W oczy rzuca się bieda i zaniedbanie. Gniew raczej nie należy do beneficjantów transformacji.


Żuławy i Bałtyk
Dalej Wisła już monotonna: ani zielonych wysp jak w jej średnim biegu, ani piaszczystych ławic. Wysokie obwałowania chronią Żuławy. Słychać dobiegające zza wałów odgłosy pracujących na polach traktorów. Od śluzy prowadzącej na Nogat zaczyna się żmudne wiosłowanie pod wywołaną północno-wschodnim wiatrem falę, i znowu jak pod Włocławkiem i Toruniem trzeba przeczekać, aż wiatr się uspokoi.
W pobliżu Tczewa na rzece ruch: barki płyną w górę i w dół, mijam żaglówkę idącą ze złożonym masztem na Nogat. Dopiero tutaj widać, że Wisła odcinkami jest jeszcze, a może zaczyna znowu być, jak kiedyś drogą wodną.
930-ty kilometr, do morza zostało 9. Przed wieczorem nadchodzi ten moment, kiedy brzegi Wisły w perspektywie zaczynają powoli rozchodzić się. Widać ujście. Rano w placówce WOP w Mikoszewie krótka odprawa, oficer telefonuje do przełożonych – na razie morze spokojne i mogę płynąć z obowiązkiem zgłoszenia się w porcie w Górkach. Trzeba jednak uważać, bo pogoda w kilka minut potrafi się zmienić, a w ogóle to najspokojniej jest tu nad samym ranem, o czwartej, piątej informują uprzejmi i zaciekawieni spływem wopiści.
To właśnie ta chwila. A więc tak wygląda koniec Wisły!
Z prawej – ostatnie kamienie falochronu, na wprost ujścia, zgodnie z wskazaniem mapy, piaszczysta wyspa, na której widuje się foki, na lewo od niej piaszczysty cypel, ostatni raz przekraczam nurt rzeki i nagle rozległa panorama plaż i wybrzeży na wschód ku Krynicy i na zachód pod Gdańsk i Gdynię. Przed dziobem tylko błękit wody, nieba i horyzont.... Wy-płynąłem Wisłą na Bałtyk!
Kieruję się w lewo, w kierunku Gdańska. W słabym północno-wschodnim wietrze spokojnie płynę wzdłuż pustych jeszcze plaż, wiatr i fale rosną, żegluga i wiosłowanie z boczną wysoką falą się stają uciążliwe i koło południa decyduję się na lądowanie na brzegu z chwilą emocji w przyboju na wysokości Sobieszewa. Wiatr nie słabnie, więc nocleg na plaży, potem dzień odpoczynku w klubie jachtowym AZS w Górkach - pomocni żeglarze, uczynny bosman.
Jeszcze tylko słoneczna żegluga z wiatrem Martwą Wisłą i już gdańskie Stare Miasto, żuraw na Motławie, miejsce gdzie docierali płynący rzeką z towarami Rzeczpospolitej, flisacy. Trochę czuję się tak jakbym był jednym z nich i kończył właśnie wielotygodniową podróż rzeką, wpływając do innego świata – hanzeatyckich spichlerzy, uliczek z kramami z jantarem; miasta zamożnych mieszczan, kupieckich kamieniczek, bogato rzeźbionych szaf, srebrnych nakryć stołowych, obrazów i starodawnych, pachnących kadzidłem kościołów.

                                                                                                                                                                   Jacek Lilpop


                  

                       ŚLADAMI CONRADA NA DALEKIM WSCHODZIE /Mówią Wieki 9/2006/


Autor tego reportażu, zafascynowany twórczością Conrada, był członkiem załogi motorowego jachtu „Harpooner”, który z francuską grupą poszukiwaczy skarbów popłynął na Daleki Wschód. Trasa tych poszukiwań krzyżowała się ze szlakiem wędrówek najpierw oficera, a potem kapitana Josepha Conrada Korzeniowskiego. Archipelag Malajski, Sumatra, Jawa, cieśnina Bangka, Borneo, Celebes – wszystkie te miejsca znamy z jego opowiadań i powieści.

Szukać na Dalekim Wschodzie wraków z zatopionymi skarbami, nurkować w wodach Archipelagu Malajskiego, które przemierzał Joseph Conrad Korzeniowski – w Morzu Jawajskim, Południowochińskim, między Sumatrą i Borneo, w cieśninie Karimata! Czy to możliwe?
Możliwe. Trzeba tylko znaleźć się na pokładzie motorowego jachtu „Harpooner” – 80-letniego norweskiego kutra wielorybniczego, przystosowanego przez polską firmę podróżniczą Hartung – Makaruk Ekspedycje do wypraw nurkowych i prowadzonego przez siedmio-osobową polską załogę. Statek musi zostać wyczarterowany międzynarodowej, francuskojęzycznej grupie poszukiwaczy skarbów na wyprawę nurkową do Indonezji. Potem przez dwa miesiące trzeba żeglować z Morza Śródziemnego przez Morze Czerwone i Ocean Indyjski, żeby wpłynąć na płytkie „Conradowskie morza” i któregoś ranka rzucić wreszcie kotwicę w cieśninie Bangka, na redzie portu Muntok – w miejscu pierwszego spotkania Conrada z Dale-kim Wschodem.
Szmaragdowe morze w porannym słońcu, daleki brzeg z zarysem błękitniejących wzgórz wyspy Bangka, którą w nocy opłynęliśmy, zmieniając miejsce podwodnych poszukiwań, oczekiwanie na rybaków mających wskazać prawdopodobne położenie wraku, upał i wilgoć. Kolejny dzień naszej wyprawy.


PIERWSZE SPOTKANIE Z DALEKIM WSCHODEM
To właśnie tutaj, w cieśninie Selat Bangka, oddzielającej Sumatrę od wyspy Bangka, Conrad – pełniąc funkcję drugiego oficera na barku „Palestine”, płynącym z ładunkiem węgla z Anglii do Singapuru – spotkał się pierwszy raz z Dalekim Wschodem, który tak zaważył na jego twórczości.
Wydarzenia, jakie rozegrały się na „Palestine”, opisał – zmieniając lokalizację i rozciągając wypadki w czasie – w opowiadaniu „Młodość”. W cieśninie między Sumatrą i Bangka w ładowni statku zapalił się węgiel i podczas holowania statku w kierunku Sumatry 11 marca 1883 roku doszło do wybuchu. „Palestine” zatonęła na pozycji 2° 36’ S i 105° 45’ E w cieśninie Selat Bangka. Załoga, trzema szalupami, po kilkunastu godzinach wiosłowania dotarła do miejscowości Muntok na Bangka, skąd ewakuowano ją do Singapuru.
„A tak oto widzę Wschód. [...] widzę go zawsze z małej łódeczki: zarys wysokich gór, modrych i dalekich o poranku; w południe podobnych do nikłej mgły; o zachodzie stojących jak poszczerbiony mur z purpury. Czuję w ręku wiosło, a w oczach mam palący błękit morza. I widzę zatokę – rozległą zatokę gładką jak szkło i polerowaną jak lód – która połyskuje wśród ciemności.[...] Widzę to w tej chwili – rozległy łuk zatoki, błyszczący piasek, przepych ziele-ni bogatej i różnorodnej, morze błękitne jak w marzeniu, tłum uważnych twarzy, blask jaskrawych barw – wodę odbijającą to wszystko, wygięcie brzegu, pomost, dziwny statek o wysokiej rufie, stojący nieruchomo, i trzy łodzie ze znużonymi ludźmi z Zachodu, pogrążonymi we śnie, nieświadomymi tego kraju i ludu, i gwałtownego blasku słońca”.
Czytając „Szaleństwo Almayera”, „Młodość”, „Wykolejeńca”, „Ocalenie” – książki i opowiadania Conrada Korzeniowskiego, których akcja toczy się na wyspach Archipelagu Malajskiego, można by sądzić, że jego kontakt ze Wschodem był długotrwały i wieloletni.
Okazuje się jednak, że pobyt Conrada na Dalekim Wschodzie można zamknąć w kilku zaledwie miesiącach. Sześć dni spędzonych w Muntok na Bangka po katastrofie „Palestine”, potem sześć tygodni w Singapurze, gdzie toczy się rozprawa przed sądem morskim, oczyszczenie oficerów i załogi z zarzutu odpowiedzialności za pożar na statku, w końcu powrót do Eu-ropy.
Dwa lata później, w kwietniu 1885 roku, Conrad jako drugi oficer płynie żaglowcem „Tilkhurst” do Singapuru, gdzie dociera we wrześniu. W listopadzie kliper zawija do Kalkuty, skąd w styczniu wyrusza w drogę powrotną do Europy.
W trzecią podróż na Daleki Wschód – już z dyplomem kapitana – Conrad wypływa z Amsterdamu na barku „Highland Forest” w lutym 1887 roku. Pełni na nim funkcję pierwszego oficera. 20 czerwca żaglowiec dociera do portu Semarang na Jawie, gdzie Conrad wyokrętowuje się i leczy po wypadku, któremu uległ na statku. W wyniku niewłaściwego zasztauowania ładunku przez pierwszego oficera (Conrada) i naruszenia stateczności statku, co spowodowało silne przechyły i wstrząsy, spadające drzewce uderza go w plecy.
Incydent ten przedstawił w „Zwierciadle morza”: „Wynikły stąd dla oficera różnorodne i przykre skutki natury fizycznej – [...] zagadkowe okresy bezsilności, nagłe napady tajemnicze-go bólu”. Conrad kontynuuje leczenie jeszcze przez miesiąc w europejskim szpitalu w Singa-purze. Ślady pobytu w szpitalu znajdujemy na kartach Lorda Jima, port Semarang wspomina-ny jest w „Wykolejeńcu”, „Szaleństwie Almayera”.
22 sierpnia 1887 roku, po wyjściu ze szpitala, Conrad zaciąga się w charakterze pierwszego oficera na parowiec „Vidar”, który odbywa regularne rejsy z Singapuru wzdłuż wybrzeży Borneo i Celebesu. Przemierza wody Morza Południowochińskiego, cieśniny Karimata, Mo-rza Jawajskiego, cieśniny Makkasar. Pracę na „Vidarze” kończy Korzeniowski w styczniu 1888 roku w Singapurze i otrzymuje nominację na kapitana barku „Otago”. Z Bangkoku płynie do Sydney, na zawsze opuszczając Daleki Wschód.
Ponadczteromiesięczny okres służby na „Vidarze” staje się brzemienny w skutki. Dwa lata po powrocie ze Wschodu Conrad zaczyna pisać pierwszą powieść, której akcja toczy się w ujściu jednej z rzek na Borneo – jest to „Szaleństwo Almayera” opublikowane w 1895 roku. W następnych latach powstają kolejne utwory osadzone w scenerii Archipelagu Malajskiego.


ŚLADAMI BARKU „PALESTINE”
Trasa naszych poszukiwań krzyżuje się ze szlakiem wędrówek Conrada. Opływamy wyspę Bangka i nocą przechodzimy blisko wysp uwiecznionych w opowiadaniu „Freja z Siedmiu Wysp”. Śladami „Palestine” przemierzamy cieśninę Selat Bangka, ale płyniemy w przeciwnym kierunku – na południe.
To najkrótsza droga z Singapuru do Dżakarty i ruch statków w cieśninie jest znaczny. Pełnię funkcję pierwszego oficera, na zmianę z kapitanem prowadząc „Harpoonera”. Trzeba uważać na kontenerowce, kutry, rybackie łodzie – nocą często oświetlone jedynie słabym blaskiem palonych na pokładach ognisk. Bliskie brzegi Sumatry porasta dżungla i wieczorem statek opadają chmary owadów – od razu myśli się o malarii, pladze takich miejsc.
Kotwiczymy w pobliżu brzegów Sumatry. Silny prąd z północy koło południa słabnie, potem zmienia kierunek na przeciwny. Woda jest tu mętna, głębokość kilkanaście metrów. Podczas nurkowania widoczność przy dnie bliska zeru. Leży się w kompletnej czerni, trzymając linę poręczową – czasami tylko zielonkawe błyski planktonu w ciemności – i maca muł, szukając śladów wraku, porcelany. Na dnie znajdujemy trochę potłuczonych skorup. Poszukiwacze skarbów są zawiedzeni. W oddali, na tle płaskich tutaj i błotnistych wybrzeży Sumatry, przypominających zielone brzegi Jeziora Nidzkiego, przepływają łodzie szmuglerów tropikalnego drewna, które mimo zakazów wywozi się z dżungli.
Wyspa Bangka i jej najważniejszy, a zarazem największy port południowej części Mo-rza Południowochińskiego – Pankalbalam są naszą bazą wypadową: tu uzupełniamy zapasy, zaopatrujemy się w paliwo i stąd mulistą rzeką wijącą się wśród zarośli mangrowych wypływamy w morze. Mangrowe zarośla, wśród których można zobaczyć małpy, mielizny i kępy palm w ujściu rzeki, miejscowy pilot, pakujący nas na mieliznę (dobrze że nie na rafę!) – krajobrazy i sytuacje przypominają te z książek Conrada: „Przy ujściu rzeki znajdowała się płytka mielizna, którą należało usunąć; tymczasem władze państwowe były pobożnie zajęte złoceniem na nowo wielkiej buddyjskiej pagody i nie miały pieniędzy na pogłębianie rzeki. Nie wiem, jak to tam teraz wygląda, ale w czasach, o których mówię, mielizna ta była wielką przeszkodą dla żeglugi [...]” („Falk”).
Płyniemy w miejsca wskazane przez naszych poszukiwaczy skarbów – w kierunku piaszczystej, niknącej podczas przypływu łachy, palmowej wysepki, koralowej rafy, albo rzucamy kotwicę w pobliżu jakiejś wioski i czekamy na rybaków. Może wydobyli coś z wody lub widzieli wrak i mogą nam wskazać jego położenie. I tak jest każdego dnia. Krążymy tu przez miesiąc (na tyle wynajęto „Harpoonera”), pływając wokół wysp Bangka, Liat, Belitung od pozycji do pozycji, z wysepki na rafę, zatrzymujemy się przy ujściach rzek, w pobliżu wiosek.
Zaskakuje różnorodność łodzi i statków pływających na tych wodach. Wciąż mijamy małe tubylcze żaglowe łodzie prau z bocznym pływakiem i rybackie kutry. Na wąskich, kolorowych, rybackich motorówkach z wiązankami tyczek powiewają na wietrze chorągiewki. W cieśninach drogę przecinają nam promy i wielkie kontenerowce – żegluga nie należy tu do łatwych i wymaga ciągłej uwagi.
Kilka razy spotykamy wielkie białe, 200-tonowe drewniane żaglowce z kasztelem rufowym – szkunery pinisi pod gaflowym ożaglowaniem, o których pisał Conrad. Nadal buduje się je na wyspie Sulawesi (dawny Celebes) według starych portugalskich i holenderskich wzorów sprzed kilkuset lat. Największa na świecie żaglowa flota – nie sportowa czy szkoleniowa, lecz handlowa, służąca do przewozu tropikalnego drewna tiku (in. teku) i mahoniu.
Kierujemy się w stronę wyspy Belitung, aby nurkować w cieśninie Karimata. To u wybrzeży Belitung w 1998 roku wydobyto wrak ze starą chińską ceramiką pochodzącą z czasów dynastii Tang (618–907). Odkrycie niemieckiego poszukiwacza skarbów i nurka Tilmana Walter-fanga musiało zainspirować naszych poszukiwaczy. Płytkie i usiane rafami „Conradowskie morza” między Sumatrą, Jawą i Borneo uważane są za jedno z miejsc największego nagromadzenia wraków na świecie. Tędy przez tysiąclecia wiódł szlak do cieśnin Malakka i Sunda na Ocean Indyjski, łączący drogi handlowe Chin, Indii i Arabii.
Wody w cieśninie Karimata koło wyspy Belitung są czystsze niż przy Bangka – widoczność nawet do 15 m. Piękne formacje koralowe, wachlarze gorgonii, głębiej krzewy czarnego kora-la, sporo ryb: balisty, acanthurusy, papugoryby... i silne prądy pływowe. Nigdy dotąd w ta-kich morskich „rzekach” nie nurkowałem. Ale oczekiwanego znaleziska wciąż nie ma – tylko ślady morskich katastrof, pozostałości wraków: bulaje, skajlajty, wystające z piasku drewniane wręgi, mosiężny złom zagrzebany w mule i same archeologiczne drobiazgi – fragmenty porcelany, denka, pokrywki.


CONRADOWSKIE KLIMATY
Wpływamy rzeką do wioski Manggar na wyspie Belitung po prowiant i znowu jak w Pankal-balam na Bangka mamy przed oczami gąszcz rybackich łodzi przy nabrzeżu. Ich jaskrawe kolory: czerwień, błękit, zieleń; drewniane domy na palach, palmy i szaroniebieskie góry w oddali. Te miejsca nie zmieniły się od czasów Conrada! Doskwiera upał. Na morzu się go tak nie czuło. Znowu mamy kłopoty z płyciznami, bo nie posiadamy szczegółowych planów podejść do małych portów – a może takie w ogóle nie istnieją!
Narzucają się te "Conradowskie klimaty" przez miejsca, które przemierzał, konfrontowanie wrażeń z atmosferą książek pisarza, szukanie podobieństw, także – przez rozczarowanie, bo jakoś zupełnie inaczej sobie coś tam wyobrażałem, a tu „Conradowskie morze” okazuje się nagle zwyczajne, podobne do innych, znanych. To imaginacja pisarza wyczarowała nastrój tych stron, co niekoniecznie musi potwierdzać nasza własna obserwacja.
Conrad kilkakrotnie (źródła różnie o tym mówią) przepływał cieśninę Karimata, zmierzając do portów na wyspach Borneo i Celebes (dzisiejsze Kalimatan i Sulawesi). Podróż trwała od dwudziestu siedmiu do trzydziestu dni, czterodniowy postój w Singapurze i następny rejs.
Parowiec „Vidar” kierował się ku cieśninie Karimata i zawijał do portu Banjarmasin na Bor-neo, opływał południowy cypel Borneo i wąską cieśniną między wyspą Laut i lądem docierał do Kotabaru na Laut, gdzie bunkrował węgiel; potem przekraczał cieśninę Makassar i płynął na Celebes. Tam odwiedzał mały port Dongala i znowu przekraczał cieśninę, kierując się ku północno-wschodnim wybrzeżom Borneo. Na Borneo statek dopływał do osad położonych w głębi lądu, w deltach rzek Berau i Bulungan, potem wracał tą samą trasą do Singapuru.
Miesiące spędzone na „Vidarze” i w odległych zakątkach archipelagu stały się najważniejszą inspiracją twórczości Conrada związanej ze Wschodem. Stąd czerpał większość wrażeń i obserwacji, wątki i scenerię do swoich późniejszych malajskich utworów.
Szkoda, że nie ma możliwości ani czasu, by podążać śladami Conrada dalej, poza cieśninę Karimata. By dopłynąć do Borneo, do ujścia rzeki Berau, „ku tubylczym osadom u brzegów tajemniczych rzek, rozwierających ciemne, obramowane lasami ujścia wśród bladozielonych skał i olśniewających ławic piasku [...]”. („Freja”). Muszą nam wystarczyć porównania z tym, co już widzieliśmy, wyobraźnia... i książki pisarza. To już miesiąc poszukiwań, czas naszej umowy dobiega końca, a cel wyprawy wciąż nieosiągnięty.
Wracamy ku Bangka, żeby sprawdzić jeszcze jedną pozycję z mapy naszych poszukiwaczy. I wreszcie trafiamy – chińska porcelana, tysiące skorup zagrzebanych w mule, są i amfory do przewozu ryżu! Część naczyń może pochodzić nawet z czasów dynastii Ming (1318–1644), inne są ponoć dziewiętnastowieczne – musiało w tym miejscu zatonąć kilka statków. Sponso-rzy wyprawy zadowoleni, my też – miesięczny trud nie poszedł na marne. Poszukiwania są rozpoznawcze i nasi pasażerowie muszą uzyskać zgodę na eksplorację od indonezyjskiego Ministerstwa Spraw Morskich w Dżakarcie.
I my musimy płynąć do Dżakarty, aby przygotować się do drogi powrotnej przez Ocean Indyjski. Najwyższa pora – zmienia się pogoda, coraz więcej deszczu, nadchodzi sezon monsunu, na niebie niezwykłe zjawiska: trąby powietrzne. W nocy obserwujemy fascynujące teatralne widowisko bezgłośnych wyładowań elektrycznych nad całą Sumatrą i Bangka.
O zachodzie ktoś robi z pontonu zdjęcie „Harpoonera” na tle wysp Morza Jawajskiego: białe światło na maszcie, biały tent na górnym pokładzie – parowiec „Vidar” w drodze na Borneo, jakby cofnął się czas, a my znaleźliśmy się w epoce Conrada.

                                                                                                                                                                      Jacek Lilpop

 



                       Z Morza Sródziemnego na Morze Jawajskie (I)  /Polskie Radio /Sobota, 12 stycznia 2008


Morza Dalekiego Wschodu - Jawajskie, Południowo Chińskie - cieśniny między wyspami Borneo, Sumatrą i Jawą, miejsca znane z książek Josepha Conrada, stały się sławne z powodu odkryć podwodnych. W 1998 roku przedsiębiorca z Hamburga, poszukiwacz skarbów i nurek Tilman Walterfang odkrył na dnie Morza Jawajskiego w pobliżu wyspy Belitung wrak statku z największym ładunkiem starej chińskiej ceramiki, jaki kiedykolwiek znaleziono poza granicami Państwa Środka. Naczynia pochodziły z czasów chińskiej dynastii Tang (618–907). Specjaliści przypuszczają, że nigdzie nie leży na dnie więcej skarbów niż między Sumatrą, Jawą i Borneo.
Wiadomość o odkryciu zelektryzowała poszukiwaczy skarbów na całym świecie, w tym i międzynarodową, francuskojęzyczną grupę poszukiwaczy skarbów, którzy postanowili wy-czarterować od polskiej firmy podróżniczej „Hartung – Makaruk Ekspedycje” przystosowany do wypraw nurkowych, 32 metrowy kuter motorowo- żaglowy „Harpooner”, operujący od kilku sezonów na Morzu Śródziemnym i Czerwonym. Mieliśmy doprowadzić go - 7-osobowa, polska załoga – do Indonezji.

Przed nami były dwa miesiące żeglugi – z morza Śródziemnego przez Czerwone i zatokę Adeńską, morze Arabskie, i dopłynięcie przez ocean Indyjski do Indonezji. Potem jeszcze miesiąc eksploracji na morzu Jawajskim, nurkowania w cieśninach Bangka, Gaspar, Karimata, wokół wyspy Bangka - między Sumatrą i Borneo, poszukiwanie wraków z zatopionymi skarbami – chińską porcelaną, cyną, kto wie, może nawet ze srebrem i złotem. Wielka przygoda.
Po załadowaniu na statek przywiezionego samochodami z kraju sprzętu: sprężarek, butli nurkowych, całego potrzebnego dla „Harpoonera” na dwa miesiące przelotu zaopatrzenia, upakowaniu niezliczonej ilości koniecznych na statku urządzeń, jakichś zapasowych pomp, cy-bantów, lin, puszek farby, bo remont statku zaczęty w Tunezji, musiał zostać z powodu terminów kontraktu przerwany, po zatankowaniu paliwa i wody, w połowie marca wyruszamy z portu Syrakuzy na Sycylii w drogę do Port Saidu, gdzie ma nastąpić wymiana i uzupełnienie załogi.

Pełnię na statku funkcję chiefa, czyli zastępcy kapitana, z którym na zmianę mamy pełnić 6 godzinne wachty, z pomocą dwóch mechaników, czuwających na dole w maszynowni na-zwanej „ Hadesem” (w skład załogi wchodzą jeszcze – bosman, cook i steward). Prowadzenie jachtu to jedno, ale kierowanie statkiem ... Jestem oszołomiony wielkością „Harpoonera”, ilością urządzeń i tych wszystkich pomieszczeń: schowków, zakamarków, trapów. W po-równaniu z małym jachtem komfort – gorące prysznice, umywalki, pralka, lodówka i zamrażarka. Pełna kultura!

Fajny jest też mostek „Harpoonera”. Przystosowując statek do potrzeb wypraw nurkowych (wcześniej przez 40 lat pływał pod banderą Norwegii jako parowiec o nazwie „Bjerk” i łowił wieloryby w okolicach Grenlandii, Spitsbergenu i wokół Antarktydy), zachowano go w dawnym stylu. Ma drewnianą boazerię i błyszczące mosiądzem pokrętła gałki obrotów silnika i dźwignię nastawy śruby, ma też wielkie, drewniane, zapasowe koło szturmwału. Mostek „Harpoonera” przypomina kabinę motorniczego w tramwaju sprzed I wojny i carskie czasy.
Pogoda początkowo łaskawa – lekka martwa fala od Afryki, słaby wiatr i słońce – zmienia się
trzeciego dnia. Wiatr rośnie do sztormu, rozwiewa się do 7 B, potem wieje już regularna ósemka w lewą burtę, czyli z północy. „Harpooner” mocno kładzie się na boki i kapitan Przemek ma wątpliwości, czy balast po remoncie statku został właściwie umocowany. Dwie duże fale uderzają w mostek, tak że woda dostaje się do nawigacyjnej – GPS-y, autopilot i radar mokre, jakby wiadrem kto chlusnął. Czekam kiedy polecą szyby, ale uderzenia już się nie powtarzają. Na dole porywa krzesło z pokładu i trzeba wiązać baniaki z benzyną i w ogóle co się da mocować, bo wszystko zaczyna na statku fruwać. Skrzynie wokół stołu w mesie też zmieniły położenie i bosman Marek ma dużo roboty.

Na noc chowamy się pod osłonę Krety do zatoki Messaras, w pobliże wysepek o dźwięcznej nazwie Paximadia, i rano podziwiamy wysokie góry wyspy Minosa ze szczytami w śniegu i tankowcem u podnóży na pierwszym planie jak zabawka.
Potem już jest spokojnie – wciąż północny wiatr, tak że można wspomagać silnik postawionymi żaglami: fokiem i bezanem. Jasno-błękitne fale Morza Śródziemnego koloru „ixi’, aż kiczowate w nasyceniu kobaltem, słońce, ale jest chłodno, kilkanaście stopni, to przecież marzec, pojawiają się delfiny, a potem słyszymy w nawigacyjnej na kanale 16, sądząc po akcencie, Amerykanów - „Captain, captain go to Port Said!” Potwierdzamy, że płyniemy do Port Said w Egipcie. Tylko, że im nie o to chodzi. „Portside” to przecież lewa burta (prawą w mowie marynarskiej zwie się „starboard side”) - mamy więc zmienić kurs w lewo i ustąpić im drogi. Natychmiast! Zaraz szczegółowy wywiad – a co, a kto, dokąd i po co płyniemy, w końcu usatysfakcjonowani milkną i z błękitnej mgiełki na prawo od dziobu wyłania się cała armada płynąca ze wschodu, gdzieś od strony Izraela - dwa, trzy, cztery - jakieś wojenne krą-żowniko-niszczyciele, znak że teren współczesnych działań wojennych jest coraz bliżej.
Kanał Sueski
Już przy piątej boi toru podejściowego do Port Said pojawia się pierwsza motorówka z facetami czekającymi na paczkę Marlboro, potem podpływa pilot i na statek wchodzą urzędnicy - służby portowe, emigration, mundurowi - na pokładzie tłum Arabów, wszyscy chcą bakszysz: whisky, papierosy.
W Egipcie żegna nas dotychczasowy kapitan Przemek z mechanikiem Januarym i zaokrętowują się - kapitan Artur z kucharzem Pawłem. Nowa załoga czeka już na brzegu. Stajemy tyłem do nabrzeża z dwoma cumami rufowymi podanymi na brzeg - manewr cumowania to skomplikowana i długotrwała czynność, ciężka praca wymagająca udziału całej załogi, tak grube i ciężkie są cumy na „Harpoonerze”. Dopiero pod wieczór tego dnia jest obiad – wszyscy zmęczeni manewrami, bieganiną, formalnościami i komplikacjami paszportowymi zwią-zanymi z wymianą załogi, bo nagle okazuje się, że trzeba jeszcze po coś tam jechać nocą do miasta na posterunek policji, który znajduje się po drugiej stronie kanału.
Przejście Kanału Sueskiego trwa dwa dni - z jednym pilotem do Ismaili nad jeziorem At-Timsah i drugim konwojującym statek do końca kanału w Suezie. Opłata za przejście„Harpooner” przez kanał wynosi 5000 dol!
Na morzu płynęliśmy na autopilocie i początkowo mam trudności z ręcznym sterowaniem przy pomocy joysticka, który wymaga bardzo delikatnych ruchów i wychyleń płetwy sterowej ( pod joystickiem znajduje się wskaźnik położenia steru) – zbyt gwałtowne poprawki kursu powodują, że statek zaczyna jechać wężykiem i wpada w coraz większy i trudniejszy do opa-nowania rezonans, a tu co i raz z przeciwka płynie w naszym kierunku kolos tankowca. Ruch w kanale jest spory, mijają nas gigantyczne rorowce, kontenerowce, tankowce, ( szerokość kanału od 200 do 400 metrów, głębokość 18- 22 metry), Stojący obok pilot uspokaja – „Steady, steady” .
Na prawym brzegu, po stronie „egipskiej” widać brunatno-zielone palmy, wojskowe posterunki, minarety, dostrzegam nawet kościół chrześcijański obok meczetu, wzdłuż kanału ciągnie się linia kolejowa. Kanał dobrze zorganizowany, zadbany, wszystko równo poukładane, dopiero dalej, już poza strefą kanału widzi się lepianki. Na lewym brzegu od strony Synaju tylko płowa pustynia, niemal brak zabudowań, czasami pozostałości wojen z Izraelem - za-rdzewiały sprzęt wojskowy, ciężarówki. Monotonię płaskiego krajobrazu urozmaica, przerzu-cona nad kanałem nitka łączącego Afrykę i Azję mostu. Wciąż jest chłodno i wieje północny, popychający nas wiatr.
W Ismaili pilot omal nie pakuje nas na brzeg – prowadzi statek prostopadle do lądu, tak jakby miał złożyć się burtą do nabrzeża i nagle nie zmieniając kursu, odchodzi od steru, mówiąc: „Now captain” – a teraz ty kapitanie, i kapitan może już tylko hamować, co na tym starodawnym statku nie jest sprawą ani łatwą ani natychmiastową, bo wpierw trzeba zmienić nastawę łopatek śruby (przy obrotach zero) i dopiero potem zmienić obroty. „Harpooner” zwalnia, zatrzymujemy się metry przed betonem, wolno odchodzimy do tyłu, rezygnując ze stanięcia longside i rzucamy kotwicę.
Na jeziorze At-Timsach przy Ismaili ani jednej zmarszczki, wiatr ustał, wreszcie spokój, bo silnik wyłączony. Dokoła płowe piaski pustyni, w oddali zabudowania miasta, sylwetki minaretów, słychać śpiew muezina płynący z meczetów. Biel smukłych wież świątyń z ziele-nią krużganków galerii oświetlonych reflektorami na tle czerwieni zachodu i piękno i tej modlitwy azan po zachodzie słońca wywierają silne wrażenie.
Rankiem wraca towarzyszący nam wciąż odgłos dudnienia silnika i agregatów prądotwórczych i znowu płyniemy kanałem, którego zielone wody bełtane prądem przepływających statków chwilami żółkną i brązowieją, wywołując niepokojące złudzenie mielizn przed dziobem.
Nowy pilot - starszy człowiek, częstuje załogę bułeczkami z jakimś smażonym warzywnym kebabem. Piwa odmawia, przykładając rękę do piersi i wskazując na serce. Kartonem papierosów nie gardzi, ale oczekuje dodatkowo 10 Euro za pilotaż.
Potem jest kilku godzinny postój na jeziorze Gorzkim w oczekiwaniu na przejście konwoju - dziennie kanałem płyną dwa konwoje. Turkusowa zieleń jeziora, płowe piaski brzegów, czerwone burty czekających tankowców.... i białe, łacińskie żagielki flotylli drewnianych rybackich „feluk” na jeziorze, a po przerwie ponownie prosta linia kanału z wrakami ciężarówek i pojazdów wojskowych na pustyni Synaj.
W Suezie, u wylotu kanału, nagłe zamieszanie - podpływa do nas nie ta motorówka co trze-ba, pilot zdematerializował się, a żegnający nas koledzy, którzy przed chwilą do niej wsiedli, wracają z bagażami na statek i musimy czekać na właściwą łódkę - wszystko to odbywa się w marszu, z ostrzegawczymi sygnałami doganiającego nas zbiornikowca.
Morze Czerwone
Do zatoki Sueskiej wchodzimy o zmroku torem prowadzącym przez płycizny, płynąc trochę po omacku z powodu braku mapy o właściwej skali. Prócz map tradycyjnych - drukowanych na papierze, mamy też elektroniczne - w komputerze, ale są mniej wiarygodne i nie pokrywają wszystkich odcinków drogi. Wyjścia z Suezu do zatoki nasza mapa elektroniczna nie obejmuje.
Świt to różowo- krwawa zorza na wschodzie, a potem strzała słońca znad gór Synaju. To gdzieś tam wędrował Mojżesz przez 40 lat i otrzymał tablice z dziesięciorgiem przykazań! Płyniemy po biblijnym, starożytnym morzu, które w tych okolicach otworzyło się przed ludem Izraela i pochłonęło ścigającą go armię Faraona. Z prawej, za różowiejącymi o wschodzie piaskami pustyni, kwitło przez tysiąclecia państwo faraonów. To są te święte miejsca cywilizacji - tej naszej, zachodniej.

Na obu brzegach zatoki wieże platform wydobywczych ropy naftowej i światła płonącego gazu - wszędzie płoną gazowe pochodnie: na platformach na morzu i na brzegach, a w dzień nad morzem unoszą się smugi z platform gazowych i żółtawe pasma dymu na tle gór. Największe nagromadzenie platform jest w okolicy popularnej w Polsce Hurgady . Nurkując tam nie miałem pojęcia o ich istnieniu, i nie przypuszczałem, że będę kiedyś prowadził tędy statek. Nie zdawałem sobie też sprawy z tego, że Egipt ma tyle ropy. Mijamy trałujące kutry, którym trzeba ustępować drogi, a pod wieczór przy wyspie Shaker, w rejonie Hurgady, prze-pływamy nieopodal grupy łodzi z ekipami nurków szykujących się do nocnych nurkowań.
Płyniemy jak najdalej od szlaku tankowców, blisko afrykańskiego, „egipskiego” brzegu i bliskość lądu sprowadza gości - na mostku zamieszkał świerszcz i przed świtem, jeszcze w ciemności rozpoczyna koncert skrzypcowy, milknie dopiero gdy wschodzi i zaczyna prażyć słońce, potem jaskółka dymówka krąży dokoła statku i przysiada pod anteną GPS, na dziobie znajdujemy pierwszą latającą rybę. Zaczyna robić się upalnie, ale gdy zawieje wciąż jeszcze miły chłodek.

Prognozy pogody odbieramy dzięki radioamatorskiej pasji drugiego mechanika Brunona, bo statkowy „Satnav” nie zdążył dotrzeć na czas z naprawy (prognoza na 2-3 dni: słabe wiatry do 3 B z zachodu i północnego zachodu). Nasz radiowiec rozciągnął na statku antenę i jestem słuchaczem jego nawoływań: „halo Sierra Mery Mery!! ...” i poszukiwań rozmówców . Jednych jeszcze nie słychać, bo nie ta propagacja co trzeba, innych już nie słychać, bo zaszło słońce, i w ogóle umiejętność odczytania zanikającego i zniekształconego głosu jest sztuką. Wszystko to jest bardzo skomplikowane i czasy drugiej wojny przypomina. Brunon informuje cały świat radioamatorów o wyprawie nurkowej „Harpoonera” do Indonezji, a jest wśród nich ktoś spod Warszawy i Gdyni, ktoś z nowego Jorku. Łączność z Europą i z krajem na-wiązujemy nie bezpośrednio, bo do kraju nie ma bezpośredniej propagacji, lecz przez radio-amatora - księdza Stanisława z Afryki Środkowej, na pograniczu Zairu i Kongo.

Do granicy z Sudanem płyniemy w odległości 12-15 mil od egipskiego brzegu, tak że co-dziennie widzimy zachody słońca nad górami Egiptu, potem, przed przekroczeniem Zwrotni-ka Raka kierujemy się ku środkowi Morza Czerwonego, posługując się już tylko mapami z komputera. Kolor wody zmienił się - to już nie farbka „ixi” jak na Śródziemnym, ale głęboki kobaltowy błękit. Wizyty delfinów to już codzienność. Stado podpływa do statku raz, drugi, pod koniec największe podchodzą pod sam dziób, błyskając w słońcu zakrzywionymi płe-twami grzbietowymi. Delfiny najczęściej odwiedzają nas przed południem. Spod dziobu smyrgają ryby latające – jedna szybowała płasko nad falami dobrze ponad 100 metrów! Ptaszek dudko podobny lata wokół statku, w końcu siada na dziobie i daje się sfotografować. Z bliska okazuje się, że rzeczywiście – dudek.

Temperatura podnosi się o dalsze 5 stopni i zaczynają upały, a z nimi pojawia konieczność chłodzenia silnika, którego olej powyżej temperatury 60 C robi się za rzadki , (silnik „Harpoonera” to 4 cylindrowy Disel Vollund o mocy 350KM) i musimy zwalniać, płynąc przez 2- 3 godziny z prędkością 2 węzłów i opóźniając podróż.
Morze Czerwone nie cieszy się dobrą sławą – silne wiatry, burze piaskowe, nieprzyjazne brzegi, ale pogoda dotychczas jest łaskawa – wiatr z północnego zachodu 3 B popycha nas, umożliwiając płynięcie pod żaglami, bo poza kursami pełnymi, stawianie ich na ”Harpoone-rze” nie ma sensu.

Bliżej środka Morza Czerwonego wiatr cichnie, morze wygładza się i któregoś ranka jest jak oliwa, tylko lekkie zmarszczki tu i tam. W wodzie pływają kępy żółtych, morszczyno podobnych wodorostów, trzeba znowu chłodzić olej, więc przed południem maszyny stop, za burtę leci koło ratunkowe na linie i odbywamy pierwszą w tym rejsie morską kąpiel. Woda jest ożywczo chłodna i kryształowa. Widok podwodnej części statku zaskakuje – spodziewałem się kilu jak na jachcie, a tu obłe, rude od antyporostowej farby, dno. Na granicy z niebieską burtą pojawiła się już cienka linia zieleni porostów, gdzieniegdzie pąkle kaczenic na białych nóżkach.

Dni mamy bezchmurne i słoneczne, ale widoczność nie przekracza 6- 7 mil. Nad horyzontem unosi się cały czas lekki opar mgiełki, jakbyśmy oglądali parowanie tego otoczonego gorącymi pustyniami Sahary i Arabii Saudyjskiej morza. Wielki kontenerowiec z odległości 7 mil jest jeszcze niewidoczny, dopiero na 6 milach, wyłania się ze świetlistej mgiełki.

Upał staje się nagle nie do wytrzymania. Jest duszno, lepko i wilgotno. W kabinie z otwartym bulajem i chłodzącym powiewem wiatraka o 20 wieczorem jest wciąż gorąco. Nawet noc na pokładzie przy wietrze 4 B nie przynosi ochłody, a klimatyzację mamy tylko w mesie.
Nocne czuwania od drugiej w nocy do ósmej rano (dzienna wachta kończy się o 2000), umożliwiają nie tylko codzienną obserwację zachodów i wschodów słońca, ale i zmianę gwiezdnych konstelacji. W porównaniu z Morzem Śródziemnym prócz widocznych wieczorem na północy gwiazd naszego nieba zimowego – Małego i Wielkiego Wozu, Oriona z mgławicą M42, Plejadami i gromadą Hiad, pojawiły się na południu na prawo od dziobu, nad Afryką, gwiazdozbiory Strzelca, Skorpiona i Krzyż Południa nad horyzontem, a po wschodniej stronie od połowy nocy widać już nasze letnie konstelacje z „trójkątem nieba letniego” - Denebem, Wegą, i Altairem. Kasjopei jest niewidoczna. Podczas niektórych nocy niebo jest aż „ciężkie od gwiazd”.
Pojawia się jeszcze coś nowego i niezwykłego - niesamowite świecenie zielonkawo fosforyzującej piany za burtą i statek nocą płynie cały czas w obramowaniu tej świetlistej piany. Fosforyzujące grzbiety fal wyglądają jak jarzące się falbanki i grzebienie. Żeglując miesiąc przez Pacyfik na jachcie „Horn” nic podobnego nie widziałem, a tu wybiegająca spod burt piana zapala się i jarzy zielonkawo, rentgenowsko- radarowo, daleko za rufą widać jeszcze jej na-głe rozbryzgi i rozjarzenia, jak na obrazie Ruszczyca.

Na środku Morza Czerwonego wchodzimy w strefę konwergencji - zmiennych wiatrów i burz. Na bezchmurnym dotąd niebie zjawiają się chmurki, zamglenia. Wiatr, który dmuchał do tej pory z północnego zachodu , ustaje i zaczyna przywiewać z południa, prosto w dziób, początkowo nieznacznie, rosnąc w siłę z dnia na dzień. Zaczyna się jazda pod wiatr i coraz wyższą falę.
Kierujemy się w stronę wysp Zugar leżących bliżej wybrzeży Jemenu i skręcamy przy nich z na południe w stronę następnej grupy wysp Hanisz u wylotu cieśniny Bab el Mandeb. Wiatr południowo wschodni z pięciu w skali Beauforta rośnie do 6, potem 7 B, fale stają się długie i coraz wyższe, im jesteśmy bliżej cieśniny tym wieje silniej, w nocy jest już regularne 8.

Efektownie, w fontannach wody przedzieramy się tak trzy dni pod wiatr z prędkością 3- 4 węzły. Dziób wylatuje do góry i spada w dół widowiskowo w kaskadach piany. Fala jest stroma, wysoka - wały wody, grzywacze, stan morza 6. Grzbiety niektórych fal dochodzą do połowy okien mostka, przed załamaniem się prześwitują zielonkawo - butelkowo. Mostek obryzgany zostaje już drugi raz słoną wodą, tym razem przez szpary uchylonych - z powodu parności i gorąca - okien. W kambuzie wszystko fruwa, słój z papryką poleciał na ziemię, rosół dla nocnej wachty skwaśniał. W ciągu 6 godzin pokonujemy ledwie 24 mile. Nocą sporo statków, wjeżdżamy raz (nie było wyjścia) między dwa idące na nas olbrzymy – jeden mija nas z zielonym światłem prawej burty, drugi po lewej przeszedł, pokazując czerwone światło.

Przy wyspach Hanish fala opada, ale wiatr pozostaje i morze jest wciąż białe od grzyw. Wokół statku szybują nad falami smukłe, brązowo-czarno -skrzydłe głuptaki – ich widok to sama rozkosz: białe podbrzusza, czarne łby, białe policzki. Na skalistych wyspach ślady zieleni.
Wolno i z mozołem przez niemal pół dnia mijamy wyspy Hanish pod coraz mniejszą falę i nagle silnik stop - awaria. Szef mechaników Tomek ma kłopot - wysiadł agregat i stajemy w dryfie. Mechanicy kombinują co robić, bez silnika jesteśmy bezsilni, bo na żaglach pod wiatr „Harpooner” nie popłynie. Na sztag wędrują dwie kule, informując sunące w oddali olbrzymy, że statek nie odpowiada za swoje ruchy.

Przeglądamy z kapitanem mapę, sprawdzając gdzie nas przy tym wietrze i fali zaniesie, pod jakim brzegiem, na płyciznach, jeśli nie uruchomimy silnika, będziemy rzucać kotwicę – pod Jemeńskim, przy Erytrei, czy może przy z takim trudem osiągniętych wyspach Hanish. Po godzinie panowie mechanicy coś tam zastępczo wymyślają, naprawę odkładając do Adenu i ruszamy po zdecydowanie spokojniejszym już morzu. Im bliżej cieśniny tym tłoczniej na wodzie, coraz więcej kontenerowców, pierwszy raz w podróży mijamy dwa holenderskie jachty, wpływające z wiatrem na Morze Czerwone, a z samego rana, już w cieśninie Bab el Mandeb, nadlatuje śmigłowiec.

Oblatuje statek dokoła i zawisa nad dziobem „Harpoonera’. Kabina helikoptera otwarta, na burcie wymalowana jemeńska flaga, w radio cisza - przyglądają się chyba replice działka wielorybniczego na dziobie „Harpoonera”. Mechanik Brunon i steward Witek przyjaźnie do nich machają. Odlecieli. Po 10 minutach jeszcze raz bardzo wolno przelatują nad statkiem, a za rufą widzimy doganiający nas okręt wojenny i za nim, wynurzony z wody kiosk łodzi podwodnej. Na okręcie powiewa flaga Bundes Marine. Salutujemy banderą i po chwili widać marynarza pędzącego z mostka w dół po schodkach i wspinającego się do masztu flagowego, żeby oddać salut. Konwój kieruje się w stronę Dżibutti. No tak - wojna w Iraku tuż, tuż, trwają walki w Sudanie i Somalii, to i na morzu wojenna atmosfera.

W najwęższym miejscu cieśniny Bab el Mandeb brzegi Afryki i płw. Arabskiego schodzą się. Niebo lekko zamglone, z prawej widać dalekie brzegi Afryki i wysepki Dżibutti na horyzon-cie, bliżej nas, z lewej brzegi Arabii i piaszczyste łachy niskiej wyspy Perim z latarnią mor-ską. Pod zachód mijamy pierwsze od zatoki Sueskiej łodzie rybackie i nagle blisko burty wyskakuje z wody chyba 3 metrowy Marlin jak z obrazka - nastroszona płetwa grzbietowa i spiczasty dziób. Przed dziobem rozpościera się zatoka Adeńska, gdzie od razu ciemniejszy, stalowo- zielony kolor wody i wyższa fala.
C.D.N.                                                                                                                           

                                                                                                                                                                  Jacek Lilpop











 

 
 
 
 
<<